Ferdynand zmarł zapatrzony w urocze obrazy, z uśmiechem na ustach.
Przyjaciółka moja, śmierć-wybawicielka, nie widziała zgonu równie pięknego. Stali wokoło jego zwłok zapłakani ludzie, on jednak uśmiechał się do siedzącego na krawędzi łóżka zjawiska z kosą, a rzężenie jego wydało się matce muzyką. Drżała z obawy, czy śmierć zdoła swego dokazać, gdy zaś wszystko minęło, w oczach jej zabłysły łzy radości i spadły na skostniałą twarz syna.
Nigdy nie doznała blada moja druhna tylu zaszczytów, co na pogrzebie Ferdynanda Uggli. Gdyby śmiała pokazać się ludziom, ujrzeliby, jak w berecie z piórami i złotoszytym płaszczu tańczy na czele pochodu. Ponieważ jednak brakło jej odwagi, siadła w czarnym płaszczu, skulona, na cmentarnym murze i czekała na korowód.
Przedziwny był to pogrzeb! Słońce świeciło, białe chmury płynęły po niebie, drogę zdobiły długie szeregi stert zboża. Jabłka w ogrodzie plebańskim wabiły blaskiem, a z ogrodu kościelnego wyzierały goździki i georginie.
Przedziwny był to pogrzeb, kroczący lipową aleją. Przed okrytą kwiatami trumną dzieci sypały kwiaty. Nikt nie miał sukni żałobnych ni krep czarnych, gdyż matka chciała, by orszak syna, który zmarł wesoło, był świetnym pochodem ślubnym.
Tuż za trumną szła Anna Stjärnhök, piękna narzeczona zmarłego, w wianku ślubnym, welonie i białej jedwabnej sukni z trenem. Tak przybrana kroczyła, by nad grobem połączyć się ze zmarłym.
Za nią szli parami okazali, starzy ludzie. Piękne, wykwintne damy w lśniących naramiennikach, broszach złotych i perłowych koliach. Wysokie pióra strzelały spośród jedwabiu i koronek na turbanach, zaś z ramion spływały jedwabne ślubne szale na barwne suknie. Mężczyźni przybyli przystrojeni w bufiaste żaboty, fraki z wysokimi kołnierzami i złocistymi guzikami, w kamizelkach ze sztywnego brokatu lub szytego złotem aksamitu. Był to istny korowód ślubny, a stało się tak z woli i życzenia pani domu.
Ona sama szła za Anną Stjärnhök u boku męża. Nie posiadała sukni z lśniącego brokatu ni ozdób, ni wspaniałego turbanu, bo przystroiłaby się w to na pewno ku czci syna. Ubrana była w suknię czarną z pożółkłymi koronkami jak na każdą uroczystość, gdyż innego stroju nie miała.
Wystrojeni goście płakali wszyscy przy cichym odgłosie dzwonów, i to nie tyle nad zmarłym, co nad sobą. Oto narzeczona kroczyła za swym wybrańcem, oni zaś szli z wolna za nimi, z dziwnym uczuciem, że każdy podlega trosce i cierpieniu, że każdy musi umrzeć i że nic go przed tym uchronić nie może.
Jedna tylko matka spośród wszystkich miała suche oczy.