Wujaszek Eberhard zrobił grubą kreskę pod ostatnim wierszem, a potem jął dobywać z rozlicznych szuflad pliki gęsto zapisanego papieru i składać jedne na drugie części dzieła wielkiego, które miało unieśmiertelnić nazwisko Eberharda Berggrena. W chwili kiedy patrzył z rozkoszą na wielki stos, rozwarto z cicha drzwi i weszła młoda hrabina.

Była władczynią starych kawalerów, którzy ją kochali i czcili bardziej, niż pradziad kocha pierwszego prawnuka swego. Znaleźli ją w ubóstwie i chorobie i obdarzyli wszystkimi wspaniałościami świata, jak król z bajki obdarzył biedną napotkaną w lesie dziewczynę. Dla niej brzmiały waltornie i skrzypce w Ekeby, dla niej żyło i poruszało się wszystko w wielkiej posiadłości.

Była już zdrowa, chociaż jeszcze trochę osłabiona, samotność wielkiego domu zaciężyła jej, ponieważ zaś wiedziała, że rezydenci wyjechali, chciała zobaczyć, jak też wygląda osławione skrzydło kawalerskie.

Weszła po cichu, obejrzała bielone ściany, firanki w żółtą kratkę.

Wuj Eberhard powstał uroczyście i zaprowadził hrabinę przed plik gęsto zapisanych papierów.

— Oto, hrabino, dzieło moje skończone! — powiedział. — Teraz pójdzie w świat i narobi niemało hałasu.

— Cóż się stanie, wujaszku?

— Spadnie jak piorun, co błyśnie i zabija! Od czasu kiedy Mojżesz dobył Jehowę z gromowej chmury Synaju i osadził w Świętym Świętych na tronie, trwał on tam spokojnie i pewnie. Teraz atoli przekonają się ludzie, że jest jeno urojeniem, nicością, mgłą i wytworem mózgu naszego! — zawołał starzec kładąc pomarszczoną rękę na papierach. — To jest tu napisane, a gdy ludzie przeczytają, muszą uwierzyć. Poznają głupotę własną, użyją krzyżów na opał, kościoły przemienią w spichrze, a księża będą orać ziemię.

— Wujaszku Eberhardzie — spytała drgnąwszy — czyż naprawdę napisałeś takie straszne rzeczy?

— Straszne? To jeno szczera prawda. Jesteśmy jak dzieci chowające głowę w suknię matki na widok obcego. Nauczyliśmy się kryć przed prawdą, wiecznie nam obcą, która teraz zamieszka pośród nas i zostanie poznana przez wszystkich!