Wielka i potężna jest majorowa z Ekeby. Któż by śmiał podnieść na nią rękę, kto rzuci jej wyzwanie? Zaiste, nie biedni rezydenci, którzy przez lata całe jedli jej chleb i pod jej dachem spali. Sadza ich, gdzie chce, może im zamknąć drzwi przed nosem, a żaden ujść nie zdoła jej władzy. Poza Ekeby, dalibóg, żyć by nie mogli.

U wielkiego stołu uciecha co się zowie. Błyszczą tu piękne oczy Marianny Sinclaire i brzmi pogodny śmiech wesołej hrabiny Dohny.

Rezydenci są w ponurym nastroju. Czyż nie byłoby słuszne, by siedzieli razem z gośćmi ci, których majorowa zaprzedała piekłu? Poniżający jest ten stół pod piecem, wygląda bowiem, jakby kawalerowie nie byli godni towarzystwa lepszej sfery.

Siedząc pomiędzy hrabią z Borgu i opatem z Bro majorowa pyszni się, zaś rezydenci zwieszają głowy jak dzieci stojące w kącie za karę, a jednocześnie budzą się w nich myśli z ubiegłej nocy.

Wesołe żarciki i swawolne kłamstewka dobiegają lękliwie jeno do stołu pod piecem, gdzie ożywa w umysłach gniew i wspomnienie paktu wigilijnego. Juliusz dowodzi silnemu kapitanowi, Chrystianowi Berghowi, że pieczonych jarząbków, obnoszonych właśnie u stołu głównego, nie starczy dla wszystkich, ale ta uwaga nie budzi wesołego śmiechu.

— Nie starczy, na pewno! — stwierdza. — Wiem, ile ich było. Ale nie ma obawy, kapitanie, dla nas, przy bocznym stoliczku, napieczono wron.

Usta pułkownika Beerencreutza składają się pod sumiastym wąsem do mdłego uśmiechu, zaś Gösta wygląda od rana, jakby chciał kogoś zamordować.

— Każde jadło dobre dla rezydentów! — powiada.

Przynoszą w tej chwili do stołu bocznego kopiatą misę wybornych jarząbków.

Ale kapitan wre gniewem. Przez całe życie nienawidził szkaradnego, wrzaskliwego plemienia wron i nieraz, wystawiając się na drwiny, przywdziewał kobiece suknie, byle je tylko podejść na strzał, gdy żerowały w zbożu... Mordował je wiosną na pustych polach, gdy obchodziły weselne gody, latem szukał gniazd i wyrzucał wrzeszczące, bezpióre pisklęta lub niszczył zalęgnięte jaja.