Przysunął sobie misę z jarząbkami i krzyknął służącemu:

— Sądzisz, że ich nie poznaję, że muszę słyszeć krakania, by poznać wronę? Któż się, u diaska, waży podawać wrony Chrystianowi Berghowi? Do kroćset diabłów!

Brał jednego jarząbka po drugim i ciskał o ścianę a tłuszcz i sos pryskały wokoło. Odbite od ściany ptaki padały na podłogę, a cały stół rezydencki zawrzał radością. Nagle doleciał kawalerów gniewny głos majorowej wołający na służbę:

— Wyrzucić go za drzwi!

Ale służący nie mieli odwagi. Był to wszakże potężny kapitan Bergh.

— Wyrzucić go za drzwi! — powtórzyła.

Posłyszał i zwrócił się, straszny, złowrogi, ku majorowej, jak niedźwiedź od powalonego przeciwnika do nowego przyjaciela. Zbliżył się do stołu ustawionego w podkowę, a posadzka drżała pod krokami olbrzyma. Stanął wreszcie, oddzielony od niej jeno wąskim stołem.

— Wyrzucić go za drzwi! — powtórzyła.

Kapitan wpadł w szał, straszne są jego pięści i zmarszczone czoło. Wysoki jest i silny jak olbrzym, goście i słudzy drżą, nikt go nie śmie tknąć, zwłaszcza w tej chwili, gdy gniew zaćmił mu rozum.

Stojąc przed majorową mówi groźnie: