Pułkownik wstał bez słowa i wyszedł, a to samo uczynił Gösta i kilku jeszcze kawalerów towarzyszących zwłokom. Ludzie usuwali się płochliwie przed gromadą upokorzonych mężczyzn.

Po ich odejściu ozwała się kapitanowa:

— Proszę, by osoby, które spotykały męża mego w ostatnich czasach, opowiedziały mi, gdzie przebywał i co robił.

Ludzie zaczęli, jeden przez drugiego, składać świadectwo o kapitanie Lennarcie przed żoną, która go nie rozumiała i twarde mu okazała serce.

Rozbrzmiały słowa starych psalmów. Jęli mówić ludzie, którzy czytali jeno Biblię w swym życiu. Czerpali przeto zwroty i obrazy z księgi Hioba i używali słów patriarchów głosząc chwałę wysłannika bożego, który chodził po ziemi dobrze czyniąc.

Trwało to długo, nastał wieczór, a oni mówili ciągle, stając jeden po drugim przed żoną, która nie chciała nawet słyszeć imienia męża swego.

Opowiadali, jak siadywał u łoża chorych i leczył ich, zdziczali awanturnicy świadczyli, iż ich przywiódł do opamiętania, a pijacy, że ich nauczył wstrzemięźliwości. Smutnych pocieszał, nędzarzom ostatnim niósł pomoc, każdy będący w potrzebie zwracał się do wysłannika bożego i znajdował ulgę lub czerpał odeń przynajmniej nadzieję i siłę do wytrwania.

Przez cały wieczór brzmiała mowa świętych ksiąg w pokoju umierającego.

Stojący w podwórzu czekali na „ostatnią chwilę”. Wiedzieli, co się dzieje wewnątrz domu, gdyż słowa, wypowiadane głośno przy łożu, szły szeptem z ust do ust. Kto miał coś do zeznania, przeciskał się w milczeniu przez tłum.

— Oto ten człowiek coś chce powiedzieć! — mówiono i robiono mu miejsce. Człowiek taki wychodził z mroku, składał zeznanie i wracał w mrok.