Pułkownik wzruszył ramionami.

— Mam dużo jeszcze innych rzeczy na sumieniu! — odparł.

— To jest chyba jednak najcięższy grzech!

— Za to nigdym nie miał w życiu przykrzejszej drogi jak dzisiejszy marsz do Helgesäter. Zresztą dwie jeszcze osoby ponoszą także winę.

— Któż to?

— Pierwszy to Sintram, a drugim winowajcą jesteś ty sama, kumo. Zbyt surowe masz poglądy. Wiem, że niejeden chciał z tobą pomówić w obronie męża twego.

— To prawda! — przyznała, potem zaś poprosiła, by jej opowiedział o pijatyce w Broby.

Opowiedział wszystko, co pamiętał, ona zaś słuchała w milczeniu. Kapitan Lennart leżał nieprzytomny. Pokój pełen był ludzi płaczących, ale nikomu nie przyszło na myśl wypraszać ich. Wszystkie drzwi pootwierano, a cały dom, sień i schody przepełniła smutna, milcząca rzesza. Nawet w podwórzu stali gęsto stłoczeni ludzie.

Gdy pułkownik skończył, powiedziała gospodyni donośnym głosem:

— Jeśli jest tu któryś z kawalerów, to proszę, by wyszedł. Zbyt bolesne to dla mnie widzieć go przy śmiertelnym łożu mego męża.