Gdy stanęła w Ekeby, wybiegli kawalerowie na spotkanie, ale nie mogli jej poznać, gdyż była łagodna i uprzejma jak ich własna hrabina. Starsi, pamiętający dawne czasy, szeptali sobie, że to nie majorowa z Ekeby powróciła, ale Małgorzata Celsing.

Bardzo ich radowało, że taka łagodna i że nie myśli o zemście, natomiast posmutnieli, widząc, jak bardzo jest chora. Musiano ją zanieść do sypialni i położyć. W progu odwróciła się i rzekła:

— Burza Pańska przeszła po kraju! Teraz wiem, że stało się to dla naszego dobra.

Potem zawarły się drzwi i już jej nie zobaczyli.

Pragniemy zazwyczaj tyle, tyle powiedzieć umierającemu! Słowa cisną się na usta, gdy wiemy, że obok leży człowiek, którego uszy przestaną niebawem słyszeć na zawsze.

„Przyjacielu drogi — radzi byśmy rzec — przebacz i wierz, że mimo wszystko cię kochałem! Doprawdy nie wiem, jak mogłem przysporzyć ci tyle troski za czasów wspólnej wędrówki naszej. Dziękuję ci za wszystką radość, jaką mi dałeś!”

Takie słowa radzi byśmy mówić, i inne jeszcze.

Ale majorowa miała wielką gorączkę i nie słyszała, co mówili kawalerowie. Czyż nie miała się nigdy już dowiedzieć, jak pracowali, jak podjęli dzieło ratunku Ekeby i jego sławy? Wszystko to miałoż jej pozostać nie znane?

Kawalerowie ruszyli do kuźni, gdzie robota ustała dnia tego. Nakładli w piec węgla, rudy i przysposobili wszystko do topienia. Kowale poszli świątkować, przeto kawalerowie stanęli sami do pracy. Niechby jeno majorowa dożyła chwili, kiedy młot zacznie walić, a dźwięk ten powie jej wszystko!

Zapadł mrok i noc nadeszła, a oni pracowali dalej, dziwując się, że oto znowu Wigilia zastaje ich w kuźni. Wielki mistrz, Kevenhüller, który kierował odbudową kuźni, i silny kapitan Chrystian Bergh stali przy piecu doglądając stopu, Gösta i Juliusz nosili węgiel, inni siedzieli na kowadle, pod wiszącym u góry wielkim młotem, lub na wózkach węglowych i sztabach żelaza. Mistyk Lövenborg rozmawiał z wujem Eberhardem siedzącym obok niego na kowadle.