— Stary nasz dziekan odżył na nowo! — powiedział trzeci. — Co niedzielę głosi powrót królestwa bożego. Nikt nie ma ochoty grzeszyć, bo zaczyna się panowanie dobra.

Majorowa jechała pytając każdego, co słychać nad Lövenem i czego brak ludności.

Gorączka i kłucie w piersiach ustawały, gdy słyszała, jak mówiono:

— Mamy dwie dobre i bogate kobiety, Mariannę Sinclaire i Annę Stjärnhök, które razem z Göstą Berlingiem chodzą od domu do domu pytając, czy kto nie głodny. A wódki nie pędzimy wcale.

Zdawało się majorowej, że jest w kościele na nabożeństwie. Dostała się do ziemi świętej, widziała blaski radości na starych, pomarszczonych twarzach, gdy pytała o czasy obecne. Chorzy zapominali o swym bólu sławiąc czas wesela.

— Staramy się być dobrymi jak kapitan Lennart! — mówili. — Chcemy być dobrzy, dobrze o wszystkich myśleć i nie krzywdzić nikogo. To przyspieszy królestwo boże na ziemi.

Wszyscy owiani byli tym duchem. Po dworach żywiono bezpłatnie biednych. Kto miał jakieś roboty do wykonania, rozpoczynał je teraz właśnie, a w siedmiu hutach majorowej praca szła całą parą. Majorowa nigdy nie czuła się lepiej niż podczas tej jazdy, gdy wciągała zimne powietrze w chore płuca. Zatrzymywała się przed każdą zagrodą pytając o nowiny.

— Mieliśmy tu wielką nędzę — odpowiadano — ale panowie z Ekeby wspomagają nas. Zdziwi się pani majorowa ujrzawszy, czego tam dokazali. Młyn jest na ukończeniu, kuźnia w ruchu. Odbudowali też spalony dom.

Bieda i przeżycia ostatnich czasów odmieniły ludzi do gruntu. Wiedziała, że to nie potrwa długo, ale miły jej był powrót do miejsca, gdzie jeden pomagał drugiemu, a wszyscy pragnęli być dobrymi. Majorowa uczuła, że może przebaczyć kawalerom, i podziękowała za to Bogu.

— Anno Lizo! — powiedziała. — Ja, stara, siedzę tu i tak mi jest, jakbym była już w drodze do nieba.