— Chciał się zemścić! — szepnął Löwenborg.

— Oszalałeś, widzę! — zawołał Eberhard. — Sądzę, że powinien byś dać pokój tym głupstwom!

— Można tak myśleć i tego chcieć, ale nic nie pomoże! O, patrz, stoi teraz, na belce i wykrzywia się. Dalibóg, zdaje się, że odczepił młot!

Skoczył z kowadła pociągając za sobą Eberharda. W tej samej chwili młot opadł z hukiem na kowadło. Rozluźnił się widocznie jakiś uchwyt, a obaj z wielką biedą uniknęli śmierci.

— Widzisz sam, że nie ma już nad nami władzy! — triumfował Löwenborg. — Ale mści się, to rzecz jasna!

Krzyknął Göście:

— Idźże do kobiet, Gösto! Może i do nich stwora zajdzie. Nie nawykły, jak ja, do tego widoku i mogłyby się przestraszyć. Ale strzeż się, nie lubi cię, a że złamałeś ślub, może mieć jeszcze nad tobą władzę. Nigdy nie wiadomo!

Dowiedziano się potem, że Löwenborg miał słuszność — Sintram zmarł tejże właśnie nocy wigilijnej. Podobno powiesił się w więzieniu, ale wedle innych pogłosek służba więzienna uśmierciła go potajemnie, gdyż śledztwo wypadło na jego korzyść, a nie sposób było wypuścić go na wolność, by nadal czynił zło wśród ludzi. Inni głosili, że czarny jegomość zajechał czarną karetą i takimiż końmi pod więzienie i porwał Sintrama. Nie tylko Löwenborgowi pokazał się tej nocy. Widziano go w Forsie, widziała go też we śnie Ulryka Dillner. Wielu ludzi twierdziło, że im się jawił, aż do czasu kiedy Ulryka pochowała jego zwłoki na cmentarzu broeńskim. Odtąd już nie straszył.

Opowiadano też, że zanim Gösta zdążył dojść do dworu, przybył tam jakiś nieznajomy i oddał list dla majorowej. Nikt nie znał posłańca, a list położono na stoliku przy jej łóżku. Zaraz potem nastąpiło niespodziane polepszenie, gorączka opadła, ból ustał i uczuła się dość silna, by list przeczytać.

Starzy ludzie mówili, że to polepszenie było dziełem mocy piekielnych, gdyż Sintramowi i jego przyjaciołom mogło zależeć na tym, by majorowa poznała treść listu.