Ekeby otrzymało także zaproszenie, ale wnet wyszło na jaw, że nikt z świętujących tu w tym roku nie miał ochoty jechać prócz Gösty Berlinga, zwanego „poetą”.
Borg i Ekeby leżą nad Jeziorem Löveńskim, ale po przeciwległych brzegach. Borg w parafii Svartsjö, Ekeby w parafii Brö, tak że przy nie zamarzłej powierzchni wody trzeba tam jechać dwie godziny.
Biednego Göstę wyekwipowali starsi kawalerowie na ten bal niby królewicza mającego reprezentować państwo. Dostał nowy frak z błyszczącymi srebrnymi guzikami, sztywny żabot i lśniące, lakierowane trzewiki. Włożył też szlachetne bobrowe futro oraz sobolową czapkę na jasne, faliste włosy. Rozpostarto na jednokonnych saneczkach niedźwiedzią skórę o srebrnych pazurach i zaprzężono Don Juana, chlubę stajni. Gwizdnąwszy na swego psa Tankreda ujął Gösta lejce z plecionki i wyjechał rozradowany, promieniejący wspaniałością i przepychem, a promieniał on i bez tego urodą i zdolnościami swymi.
Ruszył w niedzielne przedpołudnie i mijając kościół broeński usłyszał śpiewanie. Skręcił na samotną drogę leśną wiodącą do Bergi, do kapitana Uggli, gdzie zamierzał zatrzymać się na obiedzie.
Berga nie było osiedlem bogacza; głód trafiał nieraz pod porosły mchem dach kapitana, a przyjmowany jak inni goście żarcikami, śpiewem i grą, nierad opuszczał gościnne progi.
Zarządzająca kuchnią i przędzalnią stara Ulryka Dillner powitała Göstę na schodach podjazdu, a w dygu zatrzęsły się z radości jej sztuczne loczki okalające brunatną, pomarszczoną wielce twarzyczkę. Wprowadziwszy go do sali jęła zaraz paplać o właścicielach posiadłości i lichych warunkach, w jakich żyli.
Troska i niedostatek stoją u drzwi, mówiła, czasem braknie na obiad chrzanu do solonego mięsa, i oto właśnie Ferdynand zaprzągł Disę i wraz z dziewczętami ruszył do Munkerudu pożyczyć coś niecoś. Kapitan jest w lesie i wróci pewnie z żylastym zającem, do którego trzeba dodać więcej masła, niż zwierzyna warta. Zwie on to zaopatrywaniem domu w żywność. Zresztą gorzej będzie jeszcze, jeśli przyniesie lichego lisa, najnędzniejsze stworzenie boskie, które jest przecież równie bezużyteczne w stanie żywym jak martwym.
A kapitanowa? O, jeszcze nie wstała. Leży w łóżku i czyta, jak zawsze, romanse. Nie stworzona zaprawdę do pracy ta anielska istota!
Pracę pozostawiano osiwiałej w służbie starowinie, toteż dreptała od świtu od nocy, by podołać robocie; zadanie nie lada. Przez całą zimę nie było innego mięsiwa w domu prócz szynki niedźwiedziej. Na wysoką zapłatę nie liczy, zresztą grosza dotąd nie widziała, ale żyje nadzieją, że jej chyba nie wyrzucą na gościniec, gdy już będzie niezdolna do pracy. W tym domu i gospodynię traktuje się po ludzku i jest pewna, że państwo sprawią jej kiedyś uczciwy pogrzeb, jeśli tylko starczy pieniędzy na trumnę.
— Któż wie, jak się rzeczy ułożą! — zawołała ocierając fartuchem oczy, do których raz po raz napływały łzy. — Winniśmy niegodziwemu panu Sintramowi sporo pieniędzy i może nam zabrać wszystko. Ferdynand zaręczył się wprawdzie z bogatą Anną Stjärnhök, ale ona się nim znudzi, znudzi się na pewno. I cóż się wówczas stanie z nami, z trzema krowami, dziewięciu końmi i młodymi, wesołymi dziewczętami, które by rade jeździć z balu na bal! W cóż się obrócą jałowe pola, gdzie nic nie rośnie, i co zrobi poczciwy Ferdynand, z którego już nigdy nie będzie mężczyzna jak należy? Cóż się wówczas stanie z całym tym domem, gdzie wszystko kwitnie oprócz pracy?