Kawalerowie byli w tym czasie jedynowładcami w Ekeby, majorowa bowiem wędrowała kędyś o kiju żebraczym, z sakwą dziadowską na plecach, zaś major mieszkał w Sjö. Nie mógł nawet uczestniczyć w balu, gdyż w Sjö właśnie wybuchła ospa, tedy nie chciał szerzyć dalej choroby.
Jakaż pełnia uciechy zawarła się w tych dwunastu godzinach, począwszy od pierwszego strzału korka butelki przy stole aż do ostatniego pociągnięcia smyczka, gdy północ już dawno minęła. W otchłań przeszłości zapadły te godziny uwieńczone diademem radości, rozpłomienione mocnym winem, wyszukanymi potrawami, uroczą muzyką, dowcipnymi scenami oraz przedziwnymi żywymi obrazami. Przepadły kędyś w zawrotnym, dzikim tańcu. Gdzież to znaleźć tak gładkie posadzki, wykwintnych kawalerów i piękne damy!
O tak, zaprawdę, piękne kobiety minionych czasów! Umiałyście być ozdobą zabawy. Ktokolwiek zbliżył się do was, czuł, że w żyłach jego płynie gorący strumień siły i duch gorzeje ogniściej. Warto było wydawać złoto na świece, by w ich świetle jaśniała wasza krasa, warto nabywać wino, które w sercach budziło ochotę, warto było w tańcu buty dla was zdzierać i warto smyczek prowadzić tak długo, aż ramię opadało ze znużenia.
O, kobiety minionych czasów! W rękach waszych spoczywały klucze do raju. W salonach Ekeby roiło się od najpiękniejszych spośród was! Była młoda hrabina Dohna, swawolnie wesoła, zawsze gotowa tańczyć i bawić się, jak przystało dwudziestolatce, były trzy piękne córki sędziego okręgowego z Munkerudu i wesołe panienki z Bergi, była też Anna Stjärnhök, stokroć jeszcze piękniejsza teraz, bo owiana mgłą smutku od czasu owej nocy, kiedy ją ścigały wilki, było dużo, dużo innych, dotąd nie zapomnianych, które jednak niedługo niepamięć pochłonie, a była także piękna Marianna Sinclaire.
Zgodziła się łaskawie wziąć udział w zabawie kawalerów ta istota słynna na całą okolicę, będącą gwiazdą dworu królewskiego i atrakcją hrabiowskich pałaców, królowa piękności, przyjmująca hołdy całego kraju, zapalająca serca miłością samym zjawieniem się.
W czasach owych wiele świetnych nazwisk przydawało splendoru krainie Värmlandii. Wesołe dzieci pięknej tej ziemi mogły być dumne z niejednego, ile razy atoli mówiono o pięknych kobietach, nie zapominano nigdy wymienić Marianny Sinclaire.
Kraj cały rozbrzmiewał sławą jej triumfów. Rozpowiadano o diademach hrabiowskich, unoszących się nad jej głową, milionach składanych u jej stóp, rycerskich mieczach i wieńcach laurowych, co pragnęły ją znęcić swym blaskiem.
Była zaś nie tylko piękna, ale dowcipna i oczytana, a najmędrsi ludzie epoki chętnie z nią rozmawiali. Choć sama nie była pisarką, wiele jej myśli rzuconych w duszę piszących przyjaciół ożywało w ich utworach i pieśniach.
Rzadko przebywała w Värmlandii, krainie niedźwiedzi, podróżując przez większą część życia. Ojciec jej, bogaty Melchior Sinclaire, siedział z żoną w domu, w Björne, a Mariannę wysyłał ciągle do różnych wielkich miast lub świetnych zamków i radował się, opowiadając, ile wydawała tam pieniędzy. Oboje starzy grzali się w promieniach sławy swej córki.
Życie jej upływało na uciechach i hołdach. Powietrze wokół niej przepojone było miłością. Miłość stanowiła jej światło i chleb powszedni.