Na te słowa zrzucił mnich fałdzisty płaszcz i ukazał się Gösta w stroju rycerskim z jedwabiu i złota. Nie bacząc na słowa pięknej damy, wspiął się na jeden z filarów balkonu, przekroczył balustradę, i padł, jak to zarządził mistrz Juliusz, do stóp Marianny.
Uśmiechnęła się do niego uroczo, podała do pocałunku rączkę, potem zaś zatonęli w sobie rozkochanym spojrzeniem, a kurtyna powoli opadła.
Patrzył na nią Gösta na poły jak poeta, na poły jak zwycięzca, a w spojrzeniu tym była głębia i szelmostwo jednocześnie. Błagał i groził jej oczyma, silny i giętki, płomienny i czarujący zarazem.
Znowu podniesiono kurtynę i opuszczono ją, a przez ten cały czas oboje trwali w bezruchu zupełnym.
W końcu umilkły oklaski, kurtyna zwisła i nikt ich nie widział.
Nagle pochyliła się piękna Marianna i pocałowała Göstę. Nie wiedziała, czemu to czyni, ale działała pod przymusem. Otoczył ramieniem jej szyję i bez słowa przycisnął ją do siebie, ona zaś całowała go raz po raz.
Winę ponosił księżyc, koronkowy welon, strój rycerski, śpiew, oklaski, słowem, to wszystko, zaś te biedne dzieci były zgoła niewinne. Nie zamierzali tego wcale czynić. Ona nie odtrąciła wcale dla Gösty wirujących nad jej głową koron hrabiowskich ni milionów składanych u jej stóp, on zaś nie zapomniał jeszcze Anny Stjärnhök. Nie, nie byli winni, żadne bowiem nie żywiło tego zamiaru.
Łagodny Löwenborg, załzawiony i uśmiechnięty jak zawsze, podnosił dnia tego i opuszczał kurtynę, jak mu to polecono. Przygnębiony wspomnieniem wielu przykrych przejść, nie zwracał uwagi na sprawy tego świata i nie znał ich jak należy. Spostrzegłszy, że Gösta i Marianna przybrali inną pozycję, pewny był, iż jest to nowy żywy obraz, i podniósł raz jeszcze kurtynę.
Młoda para na balkonie zorientowała się dopiero w chwili, kiedy zagrzmiały ponownie oklaski.
Marianna drgnęła i chciała się cofnąć, ale Gösta przytrzymał ją szepcząc: