Grano wysoko, ale Gösta podniósł jeszcze bardziej stawki: zielone papierki migotały, a góra pieniędzy przed potężnym Melchiorem Sinclaire’em rosła z każdą minutą.
Przed Göstą wyrosła jednak także kupka monet i banknotów i niedługo on sam jeden tylko podtrzymywał walkę z właścicielem Björne. Po pewnym czasie stało się nawet tak, że wielka góra pieniędzy przeszła od Sinclaire’a do Gösty.
— Ano, Gösto! — zawołał bogacz ze śmiechem, przegrawszy wszystko, co miał w sakiewce i portfelu. — Cóż teraz poczniemy? Wypróżniłeś mi kieszenie, a nie grywam nigdy pożyczonymi pieniędzmi, bo przyrzekłem tak matce mojej.
Znalazł jednak po chwili wyjście. Przegrał zegarek, bobrowe futro i zamierzał postawić na kartę konia i sanki, gdy go powstrzymał Sintram.
— Postaw lepiej od razu coś większego! — zawołał złośliwy właściciel Forsu. — Coś, co przełamie fatalny los!
— Cóż, mam, do diabła, postawić?
— Zagraj o serdeczną krew serca swego, Melchiorze, postaw na kartę córkę swoją!
— Może sobie pan Sinclaire śmiało na to pozwolić! — zaśmiał się Gösta. — Tej stawki nie wygram!
Potężny Melchior nie mógł się również oprzeć wesołości. Niemiło mu było słyszeć tu, przy stole gry, imię Marianny, ale pomysł był tak szalony, że rozbroił wszelki gniew. Hm... oczywiście, mógł sobie na to pozwolić, by przegrać Mariannę do Gösty.
— Pamiętajże, Gösto — objaśnił — stawiam na kartę swe błogosławieństwo ojcowskie pod warunkiem, iż uzyskasz jej przyzwolenie!