— Pocałunki kobiet drogie są! — rzekł Gösta. — Czyż za pocałunki panny Marianny trzeba płacić życiem?
Nagle padło nań z ócz pięknej dziewczyny spojrzenie, które, odczuł istotnie jak pchnięcie sztyletem.
— Rada bym pana tu widzieć martwym, panie Berling! Martwym, rozumiesz pan? — zawołała.
Słowa te obudziły dawną tęsknotę poety.
— Ach! — powiedział. — Czemuż to jeno słowa, a nie strzały padające z ciemnych zarośli, czemuż nie sztylety czy trucizna? Szkoda, że nie mogę zniweczyć nikczemnego ciała i uwolnić duszy!
Odzyskawszy równowagę Marianna uśmiechnęła się i powiedziała:
— Frazesy! — Potem zaś przyjęła podane ramię i poszli do gości.
Pozostali w kostiumach, a gdy ich dostrzeżono na sali, znowu święcili triumfy. Zasypywano ich pochwałami, nikt nie powziął najlżejszego podejrzenia.
Bal potoczył się dalej swym torem, ale Gösta uciekł z sali tanecznej. Spojrzenie Marianny zraniło jak stal jego serce. Zrozumiał, co miała na myśli. Kochać go było wstydem, rzeczą gorszą niż śmierć. Postanowił zaprzestać tańca i nie patrzeć na piękne kobiety. Wiedział dobrze, że nie dla niego lśniły te oczy i kraśniały twarzyczki, nie dla niego płynęły w rytmicznym tanie lekkie nóżki i nie dla niego brzmiał tłumiony śmiech. Można było z nim tańczyć i bawić się, ale żadna nie chciałaby pójść z nim razem przez życie.
Poeta przeszedł do starszych panów, do palarni i siadł przy stole gry. Natrafił przypadkowo na stół, przy którym siedział potężny władca Björne. Grał, to znów trzymał na przemian bank i zgromadził przed sobą wielką górę monet sześcio- i dwunastoszylingowych.