Ale ciągle brzmiały te same tony i Janowi zachciało się spać.

— Może by dobrze było zdrzemnąć się trochę? — mruknął do siebie.

Ale ledwo przyłożył ucho do ziemi i zamknął oczy, wydało mu się, że coś słyszy innego. Nagle w muzyce tej znalazł się tekst i melodia.

Aha, pomyślał, wszystko tamto było jeno przygrywką, jak się ma rzecz z organami w kościele, zanim popłynie pieśń. I zaraz wydało mu się, że słyszy słowa, słowa zupełnie zrozumiałe.

Tak, tak, objawiło się wyraźnie to, o czym od pierwszej chwili wiedział dobrze, ale nawet w myśli nie chciał przyznać. Oto drzewa wiedziały o wszystkim, co zaszło... tak, nawet one wiedziały! I dla niego to, na jego cześć zaczęły tak głośno grać, gdy się tylko ukazał.

Dla niego grały, nie ulegało wątpliwości. Sądząc, że śpi, śpiewać nawet zaczęły, nie chciały bowiem, by słyszał, jak go wielbią.

Co za pieśń! Co za wspaniała pieśń! Leżał z zamkniętymi oczyma, ale słyszał, tym lepiej nawet słyszał wszystko! Nie stracił najcichszego tonu...

Po skończeniu pierwszej zwrotki, nastąpiła przegrywka i to było najlepsze.

Co za muzyka! Teraz grały już nie tylko młode choinki nad drogą, ale cały las wziął udział w koncercie. Brzmiały organy, bębny, trąby, kosy naśladowały flet, a kawki gwizdały na fujarkach. Do tego przyłączył się plusk strumieni, śpiew rusałek, pobrzęk błękitnych, gencjanowych dzwonków i łopotliwy głos szpaków. Wszystko grało razem.

Nigdy jeszcze nie słyszał Jan tak wspaniałej muzyki, bo też nigdy nie przysłuchiwał się graniu z taką uwagą. Wnikała mu w uszy i jakby osiadała tam tak, że nie mógł już zapomnieć.