Miał zamiar obejść wszystkich wkoło i uścisnąć każdemu dłoń, jak należy uczynić, znalazłszy się w towarzystwie.

Obok porucznika Liliecrony siedział mały, tłusty panek w białej kamizelce, fraku z haftowanym kołnierzem i szpadą przy boku. Gdy Jan zbliżył się chcąc go powitać, podał mu miast ręki dwa palce.

Nie miał pewnie złego zamiaru, ale człowiek taki jak Jan, cesarz Portugalii, wiedział, że nie można pozwolić czynić ujmy swemu dostojeństwu.

— Czemuż to nie podajesz mi całej ręki, kochany biskupie? — spytał Jan zawsze tym samym łaskawym tonem, bo nie chciał zmącić nastroju dnia.

Trudno dać wiarę! Tłusty człowieczek uczynił pogardliwy grymas.

— Słyszałem dobrze, że ci nie w smak poszło, gdy ci Liliecrona powiedział: ty... Jakże śmiesz w ten sposób odzywać się do mnie? Czyż nie widzisz, kim jestem? — To rzekłszy, wskazał na pierś swą, gdzie wisiały trzy małe, nędzne gwiazdki orderowe.

Teraz nastała dla Jana pora złożyć szatę skromności. Rozpiął szybko kaftan tak, że ukazała się cała kamizelka, zasypana od góry do dołu ogromnymi, złotymi i srebrnymi gwiazdami.

Zazwyczaj chodził Jan w kaftanie szczelnie zapiętym, gdyż gwiazdy jego były nader kruche, traciły blask, a końce ich łamały się łatwo. Ludzi onieśmielało zresztą obcowanie z tak wielkim panem, a zacny Jan nie chciał im sprawiać przykrości przez natrętne ukazywanie swej świetności. Teraz jednak przyszła pora ujawnienia się przed całym światem.

— Spójrz no na mnie, człowieku! — zawołał — A co? Tak się dzieje zazwyczaj pyszałkom! Czymże są wobec tego twoje trzy nędzne gwiazdki?

Efekt był niesłychany. Tłuścioch nabrał zaraz respektu. Przyczynił się do tego szalony śmiech, jakim wybuchnęło całe towarzystwo, natrząsając się z owego głupca, który nie wiedział zgoła, jak stoją sprawy z cesarzową i cesarstwem.