— Ooo... przepraszam bardzo! — zawołał tłuścioch, wstając i kłaniając się nisko. — Teraz przekonałem się, że mam przed sobą prawdziwego władcę. Wasza Cesarska Mość umie dawać niezwykle trafne odpowiedzi!
Tak się dzieje zawsze, gdy człowiek wie, jak postępować z ludźmi. Żaden z obecnych panów nie czuł się szczęśliwszy z możności rozmawiania z władcą Portugalii, niż ten właśnie udekorowany tłuścioch, który był zrazu tak dumny, że podał cesarzowi dwa palce miast całej dłoni.
Zbyteczne byłoby dodawać, że potem żaden z obecnych w altanie panów nie odmówił należnego cesarzowi Portugalii pozdrowienia. Gdy minęło pierwsze zakłopotanie i wykwintni goście przekonali się, że cesarz Portugalii, mimo swego dostojeństwa, jest człowiekiem łatwym i łaskawym w obejściu, stało się, co się dzieje zawsze, mianowicie okazali wielkie zainteresowanie i nie mogli się nasycić opowiadaniem Jana o wyniesieniu jego córki, niedawno prostej dziewczynki, na tron, oraz jej rychłym powrocie do wsi rodzinnej.
Wytworzył się rychło tak przyjacielski stosunek pomiędzy cesarzem a dostojnymi panami, że cesarz zdecydował się zaśpiewać ów hymn, którego się nauczył w lesie. Była to może łaskawość zbyt daleko posunięta, ale widząc, że cieszą się z każdego jego słowa, nie mógł im odmówić tej przyjemności i zaszczycił towarzystwo śpiewem swoim.
Nieopisane wzburzenie nastało, gdy zaczął śpiewać. Od pierwszych zaraz słów zwiększyło się jego audytorium. Zbiegły się hrabiny, hrabianki, generałowe i damy dworu siedzące dotąd w salonie na kanapie i zajadające ciastka. Przyszli nawet młodzi baroneci i księżniczki, pląsający w sali balowej, a wszyscy ci dostojnicy cisnęli się, by słyszeć śpiew. Otoczyli go zwartym kołem, skierowali nań spojrzenia i zaparli oddech. Tak zresztą należy zachowywać się wobec cesarza.
Oczywiście pieśni takiej nikt ze zgromadzonych dotąd nie słyszał, toteż, gdy Jan prześpiewał ostatnią zwrotkę, wszyscy zaczęli go błagać, by raczył powtórzyć hymn. Wzbraniał się przez chwilę, bo nie należy być zbyt łatwym z ludźmi, ale wobec natarczywych, ogólnych próśb uległ i zaczął na nowo. Ile razy przy chodziła przegrywka, śpiewali wszyscy chórem, a gdy przychodziło: „ratata! ratata!”, wybijali młodzi baroneci takt nogami, udawali trąbkę, a księżniczki i damy dworu klaskały rączkami.
Była to pieśń, zaiste, niezwykła! Gdy Jan znowu zaczął od początku, śpiewali już teraz chórem wszyscy, pięknie ubrani panowie, przecudne panienki, rzucały mu życzliwe spojrzenia, a starsi po każdej zwrotce wołali: „brawo!”. Nastrój dziwny ogarnął Jana, władcę Portugalii, uczuł zawrót głowy, jakby po tańcu, wydało mu się, że coś go chwyta pod ręce i unosi wysoko w powietrze.
Nie stracił przytomności i zachował przez cały czas świadomość, że stoi na ziemi, doznał tylko myślowo rozkoszy unoszenia się wzwyż, sięgania głową wyżej od innych, prześcigania ich lotem, gdzieś daleko, ku niebu. Unosiło go dostojeństwo, a także pieśń owa; czuł, że posiada dwa potężne skrzydła i na nich dźwiga się na jakiś wyniosły, cesarski tron zawieszony kędyś, pośród różowych zachodnich chmur.
Jednego mu tylko było brak... jednego! Ach! Czemuż nie ma tu wielkiej cesarzowej, małej Klary Gulli ze Skrołyki?
Zaledwo myśl ta zjawiła się w duszy cesarza, wydało mu się, że cały ogród, dom i ludzi oblała purpurowa łuna. Spojrzał uważniej i spostrzegł, że blask ów idzie od młodej, ubranej w czerwoną sukienkę dziewczyny, która właśnie wyszła z domu i stała na najwyższym stopniu schodów.