Aby tedy nie dawać powodu do zgorszenia, nie poszedł rano do domu żałoby, zanim stamtąd ruszył kondukt, ale udał się wprost do kościoła i dopiero, gdy dzwony zaczęły dzwonić i zobaczył ustawiający się przed kościołem orszak żałobny, podszedł i zajął skromnie miejsce pośród krewnych.

Wszyscy mieli nieco przerażony wyraz twarzy, gdy go ujrzeli, widział to dobrze, ale nawykł już do tego, że ludzi onieśmielała zawsze jego wspaniałomyślna łaskawość, przeto nie robił sobie nic z wrażenia, jakie wywarł. Powinno by się go było poprosić do pierwszego szeregu, ale nie było już na to czasu, bo kondukt ruszył w kierunku cmentarza. Kiedy skończona została ceremonia pogrzebowa, udał się wraz z osieroconą rodziną do kościoła i zajął miejsce w ławce pośród innych. Znowu zauważył, że wszyscy są zmieszani, ale nikt nie zdobył się uczynić uwagi, że opuścił zaszczytne miejsce na chórze, by się znaleźć razem z nimi.

Zresztą nie wypadało żadnych czynić usprawiedliwiań w chwili, kiedy zabrzmiały organy i rozległ się psalm.

Po nabożeństwie zajeżdżać zaczęły jeden po drugim wózki i bryczki, będące własnością uczestników pogrzebu. Jan podszedł do drabiniastego wozu, którym przywieziono trumnę i zajął w nim miejsce. Wiedział, że wóz ten wracać będzie teraz pusty do Loby, przeto usiadł tu, by nikomu nie zabierać miejsca.

Córka i zięć Björna Hindriksona przeszli kilka razy koło tego wozu i spoglądali na siedzącego Jana spod oka. Jan sądził, że martwi ich to może, iż mu nie oddali miejsca w najparadniejszym pojeździe. Ale nie chciał, by z jego przyczyny nastąpić miało jakieś zamieszanie, jakaś zmiana w ustalonym już porządku. Wiedział i tak, kim jest.

Kiedy ruszył sprzed kościoła, nie mógł się opędzić wspomnieniu, jak to ongiś on i Klara Gulla wędrowali do Loby, odwiedzić krewnych. Teraz wszystko odwróciło się na wspak. Któż to był dziś bogaty i sławny? Kto czynił zaszczyt krewnym udając się do nich?

Po przyjeździe do domu żałoby wprowadzono gości do wielkiej świetlicy na parterze, gdzie pozdejmowali okrycia. Potem wystąpił jeden z sąsiadów Björna Hindriksona, którzy wedle zwyczaju byli gospodarzami żałobnej uczty i poprosił co znakomitszych gości na górę, gdzie czekały zastawione stoły.

Było to pełne odpowiedzialności zadanie wybrać spośród uczestników tych, którzy mieli pierwsi zasiąść do uczty, bo natłok był taki, że nie stało miejsca dla wszystkich od razu i musieli zasiadać partiami, jedni po drugich. A znalazło się sporo takich, którzy by pominięcie w pierwszej partii uważali za brak szacunku i nie przebaczyli tego do śmierci.

Jeśli idzie o tego, który został podniesiony do godności cesarza, to mógł on w wielu wypadkach pozwolić sobie na pobłażanie, musiał jednak domagać się niezbędnie, by został zaliczony co najmniej do pierwszej partii biesiadników, skoro już tyle dotąd okazał łaskawości. Inaczej wszyscy słusznie mogliby mniemać, że nie jest świadom swych praw i swego dostojeństwa.

To jednak stać się żadną miarą nie mogło, nie zagrażało mu żadne niebezpieczeństwo, mimo że dotąd nie został wymieniony pomiędzy tymi, którzy już czekali na górze. Będzie siedział razem z proboszczem i pierwszymi dostojnikami, nie miał powodu niepokoić się tą sprawą.