— Drogie dziecko! — odrzekł. — Cesarz Portugalii zaliczony być chyba musi do pierwszej partii biesiadników!
— Nie gadajno tak, Janie! — powiedziała ostro. — Dziś nie pora na te twoje głupstwa! Zejdź na dół i poczekaj, a dostaniesz jeść, gdy przyjdzie na ciebie kolej!
Jan odczuwał w istocie dla tej rodziny więcej szacunku niż dla którejkolwiek innej w gminie. Ale właśnie dlatego przywiązywał wielką wagę do należytego przyjęcia i ugoszczenia w tym domu. Stał w progu z czapką w ręku i opanowało go wielkie przygnębienie. Wydało mu się, że naraz spada zeń cały majestat cesarski.
W tej przykrej chwili usłyszał lekki okrzyk Linnarta z drugiego końca stołu.
— Oto jest człowiek, który mi zeszłej niedzieli przyniósł wieść o chorobie ojca!
— Co mówisz? — spytała matka. — Czy pewny tego jesteś?
— Tak! Nie może to być kto inny! — odparł Linnart. — Widziałem go już przedtem, ale nie poznałem, gdyż był jakoś dziwnie ubrany! Teraz poznaję go doskonale!
— Jeśli tak — powiedziała matka — to nie dajmy mu stać w drzwiach jak żebrakowi, ale zróbmy mu miejsce przy stole! Winniśmy mu cześć i podziękę, albowiem on to właśnie uczynił śmierć lekką Björnowi Hindriksonowi. Mnie zaś osobno przyniósł jedyną pociechę, jaką mieć mogę po śmierci męża!
Mimo że i przedtem straszliwy panował ścisk przy stole, zrobiono miejsce Janowi pośrodku podkowy, wprost naprzeciw proboszcza. O lepszym miejscu nie mógł zamarzyć.
Z początku zdawało mu się, że dostał kijem przez łeb i pojąć nie mógł, czemu robią sobie z nim tyle zachodu z tego jeno powodu, że zrobił kilkumilowy spacer do osiedla Linnarta Björnsona.