— Nie widziałem tego człowieka nigdy na oczy! — odrzekł. — Nie przyszło mi na myśl spytać, jak się zowie. Wyglądał jak stary żebrak.

— Człowieka tego musisz odszukać, Linnarcie — powiedział stary z naciskiem — i podziękować mu w moim imieniu! Gdziekolwiek go spotkasz, oddaj mu cześć, albowiem miał serce dla całej naszej rodziny.

Rozmawiali ze sobą potem przyjaźnie i nie rozłączali się aż do końca, tak że stary Björn zaznał bodaj trochę tej radości, której mu brakło przez całych lat trzydzieści.

Jan zadrżał, usłyszawszy, że Linnart nazwał go starym żebrakiem, ale pocieszył się tym, że przecież nie miał wówczas ani czapki, ani laski cesarskiej. Naturalnie, tu była przyczyna nieporozumienia!

Myśli Jana wróciły znowu do chwili obecnej i ogarnął go smutek. Siedział już i tak dosyć długo, teraz musi zostać zaproszony, inaczej wszystko przepadło.

Wstał, pewnym krokiem przeszedł podwórze, minął werandę, wszedł na górę po schodach i otworzył drzwi do wielkiej sali na piętrze.

Uczta była w pełnym toku, zauważył to od razu. Wielki stół ustawiony w podkowę obsadzony był gęsto biesiadnikami i obniesiono właśnie pierwszą potrawę. Wynikało więc z tego, że nie miano zamiaru zaliczyć go do pierwszej partii.

Siedział proboszcz, kościelny, porucznik z Löwdali z żoną, jednym słowem byli tu ci wszyscy, którzy powinni być, tylko jego jednego nie było.

Jedna z dziewcząt podających półmiski, zobaczywszy go we drzwiach, podeszła i spytała szeptem:

— Czegóż tu chcecie, Janie! Zejdźcież na dół!