Przyszła kolej na wiadro, szatkownicę i wyżymaczkę do bielizny. Lars okazywał się nieco przystępniejszy, dopóki szło o stare sprzęty i sprzedawał je wzdychając tylko, natomiast nowe po kilka razy odstawiał na bok, wzbraniając się najwyraźniej wystawiać na widok publiczny.
— Szkoda tego puszczać na bęben — tłumaczył właścicielowi — to pyszny szaflik i można go na targu sprzedać za nowy!
Zebrani nie umieli sobie zdać sprawy z tego, co się dzieje, ale licytowali coraz to zapalczywiej. Larsa Gunnarsona przerażała wprost każda cyfra i owa gorączka kupowania nie była mu całkiem na rękę. Ludzie nagle nabrali przekonania, że sprzedają tu rzeczy naprawdę cenne i nagle przypomnieli sobie, iż właśnie brak im w domu tego i owego. Można tu było zrobić nie na żarty dobry interes, toteż licytowano nie jak dawniej, kiedy Jöns był wywoływaczem, dla posłuchania jego facecji, ale z zupełnym przekonaniem i powagą.
Po tej pierwszej mistrzowsko przeprowadzonej licytacji proszono Larsa Gunnarsona zawsze, gdy szło o tego rodzaju rzecz, by wywoływał ceny. Od kiedy dzierżył młotek, nie bywało na licytacjach tak wesoło, nikt jednak nie umiał jak on wpoić ludziom wprost pożądania, by pozyskać na własność wszelkiego rodzaju bezużyteczne rupiecie, lub też podszczuć dwu bogaczy do współzawodniczenia ze sobą z racji jakiegoś drobiazgu, celem pokazania wobec wszystkich, że ich stać na wyrzucanie pieniędzy.
Ile razy Lars dzierżył młotek, wyzbywał się do ostatka wszystkiego. Raz jeden tylko wielkie na nim zawisło niebezpieczeństwo, a mianowicie przy publicznej sprzedaży ruchomości po śmierci Svena Oesterberga ze Storstugi pod Bergvikiem. Miał tam sprzedawać przepyszne sprzęty i natłok licytantów był wielki. Mimo późnej jesieni piękna była pogoda i ciepło, toteż licytacja odbywała się pod gołym niebem. W tych warunkach sprzedaży nie sposób pojąć, dlaczego ani rusz iść nie chciała. Nikt nie zwracał uwagi na wywoływane kwoty i nie podbijał ich w górę. Jakaś ogólna zapanowała niechęć i zdawało się, że Larsowi przydarzy się to samo, co swego czasu Jönsowi z Kisterudy, który musiał złożyć młotek w inne ręce.
Lars nie miał jednak ochoty zdać innemu swych funkcyj61, starał się tedy wybadać, co mogło być przyczyną, że ludzie byli tak roztrzepani i niechętni do interesów. Nie trwało długo, a wymiarkował wszystko.
Stanął on na stole, by każdy mógł zobaczyć dokładnie sprzedawany przedmiot i z tego miejsca nietrudno mu było odkryć, że nowy cesarz europejski, mieszkający w wyrobniczej chałupie niedaleko Falli, znajduje się wśród tłumu. Lars widział, jak kłania się z miną łaskawą na prawo i lewo i pokazuje ludziom swą skórzaną czapkę i swoje wspaniałe berło. Szedł jego śladem długi korowód dzieci i parobczaków, a nikt z obecnych nie uważał sobie za ujmę zamienić z nim słów kilka. Wobec tego trudno się było dziwić, że licytanci nie mogli skupić uwagi, gdy znajdował się pośród nich mąż tak znakomity.
Lars nie przerwał sprzedaży, śledził tylko oczyma Jana ze Skrołyki i wypatrywał chwili, gdy się tenże znajdzie w pierwszym rzędzie licytantów, tuż obok stołu. Nie było obawy, by Jan Portugalski miał stać gdzieś z tyłu. Rozmawiał wprawdzie łaskawie z każdym i ściskał każdemu rękę, ale jednocześnie przepychał się coraz dalej i stanął w pierwszym rzędzie.
W tej chwili dał Lars susa ze swego stołu, rzucił się na cesarza, wyrwał mu laskę z ręki, zdarł czapkę z głowy i wskoczył z powrotem na stół, zanim Jan miał czas pomyśleć o oporze.
Cesarz krzyknął przeraźliwie, rzucił się do stołu i chciał odebrać zrabowane insygnia koronne, ale Lars machnął kijem w ten sposób, że musiał się cofnąć. W tłumie powstał szmer niezadowolenia, ale Larsa nie zastraszyło to wcale.