— Lars! Oddajcież mu z powrotem te oznaki cesarskie! Nie możecie przecież ani w takiej czapce chodzić ani takiej długiej laski używać!
— Dam mu własną czapkę, gdy wrócę do domu, — odkrzyknął — ale nie zezwolę, by się wałęsał pomiędzy ludźmi i wystawiał na pośmiewisko nasze skarby rodzinne.
Po tym oświadczeniu rozległy się w tłumie głośne śmiechy, a Jan uczuł takie przygnębienie, że stał jak skamieniały, rzucając tylko wkoło oczami. Poglądał62 po ludziach i nie mógł ochłonąć ze zdumienia. Boże wielki, dumał, czyż wśród tych wszystkich, którzy mu się przed chwilą kłaniali, świadczyli grzeczności i cześć mu oddawali, nie ma ni jednego, który by mu przyszedł z pomocą w potrzebie? Wszyscy stali jak martwi, był im niczym, ni palcem nie uważali za słuszne ruszyć w jego sprawie. Widział to jasno, a strach go też przejął, że ta cała monarsza dostojność tak mogła zeń spaść niespodzianie, jak ten liść jesienny. Stał biedny, drżący, najpodobniejszy dziecku, co rychło rozpłakać się musi, gdy mu źli ludzie wyrwali z rąk zabawki umiłowane i niezbędne do życia.
Lars Gunnarson zwrócił się teraz do ogromnego stosu rzeczy leżących wokół stołu i chciał na nowo zacząć wywoływać ceny. Nagle myśl strzeliła do głowy Janowi, postanowił poradzić sobie sam. Popłakując i lamentując zbliżył się do samego stołu, potem nagle schylił się i wsadził głowę pod blat, chcąc nagłym szarpnięciem bark wywrócić stół razem z Larsem.
Lars miał bystre oko. W mig chwycił berło Portugalii i grzmotnął Jana przez krzyż z taką mocą, że jęknął i musiał się cofnąć.
— Nic z tego! Nie oddam ci skradzionych rzeczy! Zdaje mi się, że dość już zmarnowałeś czasu na królowaniu. Bierzno się, stary ośle, do kopania. Dziady jak ty nie mają czego szukać po licytacjach!
Jan nie miał wielkiej ochoty usłuchać i czaił się do nowego ataku, ale Lars machnął raz jeszcze laską i to wystarczyło, by cesarz Portugalii podał tył63 i rzucił się do ucieczki.
Nikt nie poszedł za nim, nikt mu nie dał jednego dobrego słowa, nikt nie krzyknął, by został. Większość nie mogła się nawet powstrzymać od śmiechu na widok biednego szaleńca, który postradał całą swą urojoną wielkość.
Lars nie był zadowolony z takiego wyniku, raziło go zaburzenie licytacji, która była dla niego czymś w rodzaju nabożeństwa.
— Uważam — powiedział — że lepiej poważnie postępować z Janem, niż się zeń natrząsać. Wielu przytakuje jego szaleństwom, zwie go cesarzem, a takie postępowanie nie jest uczciwe. Lepiej starać się wykazać mu, że jest wyrobnikiem i wszyscy powinni to czynić, choćby rzecz nie była łatwa ni przyjemna. Jestem od dłuższego już czasu jego chlebodawcą i postaram się, jak to jest obowiązkiem moim, nakłonić go znów do roboty. Tak zrobić trzeba, inaczej bowiem stanie się niedługo ciężarem gminie.