— O, nie było tak źle, jak się zdawało! — powiedział Lars. — Wyperswadowałem mu to! Teraz codziennie przychodzi tu do Falli i pracuje jak przedtem.
Lars nie był tak taktowny jak proboszcz i odpowiadając, nie zniżył głosu, toteż wszyscy zrozumieli, o co idzie i oczy wielu zwróciły się na Jana. Ale on siedział spokojnie, jak gdyby nie słyszał nic a nic.
Rozpoczęła się katechizacja, a proboszcz kazał powiedzieć czwarte przykazanie kilkunastu młodym, zatrwożonym trochę parobczakom, którzy mieli dnia tego być pytani dla zbadania, czy obeznani są należycie z zasadami wiary świętej.
Nie stało się to tak całkiem przypadkowo, że proboszcz wybrał właśnie to czwarte przykazanie za temat nauki. Znalazł się w wygodnej, zacisznej izbie, z ławkami wzdłuż ścian, pełnej staroświeckich naczyń, noszącej niezaprzeczalne znamiona dobrobytu. Czuł tedy potrzebę przypomnieć słuchaczom o tym, że dobrze dzieje się tym rodzinom, które trzymają się z pokolenia w pokolenie razem i gdzie młodzi pozwalają starszym rządzić i władać, póki im starczy sił, potem zaś szanują ich i otaczają opieką aż do śmierci.
Zaczął właśnie objaśniać owe wielkie obietnice nagród, jakich Bóg udzieli tym, którzy czczą ojca i matkę swoją, gdy nagle wstał z ławki Jan ze Skrołyki i powiedział:
— Pod drzwiami stoi ktoś i nie śmie wejść do środka!
— Börje! — powiedział proboszcz. — Siedzicie najbliżej drzwi, wyjrzyjcie też!
Bórje wstał, otwarł drzwi i wyjrzał za próg.
— Nie ma nikogo! — powiedział. — Janowi się przesłyszało.
Nauka potoczyła się dalej. Proboszcz objaśniał wiernym, że przykazanie to nie ma cech rozkazu, ale jest raczej rodzajem dobrej rady, której powolny być winien ten, kto pragnie, by mu się powodziło w życiu. Proboszcz przyznał, że jest jeszcze młodym człowiekiem, ale zarazem oświadczył, że z doświadczenia zna dużo przykładów na to, iż ten kto nie słucha swych rodziców i pogardza nimi, kładzie kamień węgielny pod gmach niepowodzeń, zawodów i nieszczęść własnych.