Proboszcz przesunął dłonią po czole, odetchnął z ulgą i powiedział:

— Tak... tak... to prawda!

Omal że nie uwierzył w rzecz nadnaturalną, szło tu jednak tylko o wizję chorego umysłowo i to odkrycie uspokoiło go bardzo.

— Trzeba księdzu proboszczowi wiedzieć jeszcze — dodał Lars — że Jan nie czuje dla mnie wielkiej sympatii. Zdradza się z tym teraz, kiedy go opuścił rozum. Przyznaję się zresztą do tego, iż z mojej to winy córka jego musiała porzucić dom, by zarobić pieniądze. Tego właśnie Jan przebaczyć mi nie może.

Proboszcza zdziwił ten ton gorączkowy i to publiczne, niespodziane wyznanie. Głębokie, błękitne oczy jego wpatrzyły się w twarz Larsa, a on nie mógł wytrzymać tego spojrzenia i odwrócił głowę. Uczuł w tej chwili, że jest to niewłaściwe, przeto zebrawszy wszystkie siły, znowu zwrócił oczy na proboszcza, ale nie mogąc w żaden sposób patrzyć nań, zaklął głośno i ponownie głowę odwrócił.

— Larsie Gunnarsonie, co to ma znaczyć? — zawołał proboszcz. — Co się z wami dzieje?

Lars opamiętał się.

— Nie mogę się pozbyć tego wariata! — powiedział z gniewem, udając, że niby to klął pod adresem Jana. — Stoję tu przed księdzem proboszczem i wszystkimi sąsiadami niby pod pręgierzem dlatego tylko, że się staremu szaleńcowi spodobało nazwać mnie mordercą przez zemstę. Powiedziałem już. Żywi do mnie nienawiść z powodu córki. Nie mogłem przecież wiedzieć, że wpadnie w nieszczęście z tego powodu, iż się upominałem o należytość66! Czy nie ma tu kogo, kto by się zajął Janem, my zaś mogli wrócić do przerwanej nauki?

Proboszcz przesunął ponownie dłoń po czole. Słowa Larsa dotykały go boleśnie, ale nie mógł mu uczynić formalnego zarzutu, gdyż nie wiedział niczego na pewno. Obejrzał się za starą Erykową, ale wymknęła się z izby. Potem objął spojrzeniem zebranych. Oni wiedzieli niewątpliwie, czy Lars jest zbrodniarzem, czy nie, każdy z nich wiedział, gdy jednak spojrzenie księdza zaczęło padać na parafian, zamykała się pod tym dotknięciem jedna twarz po drugiej, przygasała, okrywała się drętwią67 obojętności, a oczy spoglądały tępo. Bali się.

Tymczasem zbliżyła się Katarzyna i ujęła Jana pod ramię. Wyszli niezatrzymani przez proboszcza, który nie chciał dzisiaj rozmawiać z chorym.