Oczy wszystkich zwróciły się na drzwi, pod którymi ktoś stał od tak dawna, nie śmiejąc wejść do środka. Słyszano w całej izbie, jak Jan prosił owego kogoś, by wszedł i widzieli szeroko otwarte drzwi, ale ów nieznajomy wzbraniał się widocznie. W końcu przyciągnął Jan drzwi do siebie i wrócił sam. Nie skierował się jednak ku swemu miejscu, ale przeciskał się wprost ku stołowi, przy którym siedział proboszcz.

— No i cóż, Janie — spytał proboszcz trochę zniecierpliwiony — któż to nam dziś ciągle przeszkadza w katechizacji?

— Pod drzwiami stał stary gospodarz z Falli, Eryk! — oświadczył Jan, nie okazując wcale, że dziwią go lub przestraszają własne słowa. — Nie chciał wejść do środka, kazał mi tylko powiedzieć Larsowi Gunnarsonowi, by się miał na baczności w pierwszą niedzielę po świętym Janie.

W pierwszej chwili nie dorozumieli się65 wszyscy, co znaczyć mają te słowa.

Siedzący w tyle nie dosłyszeli dobrze, co Jan mówił, gdy jednak proboszcz rzucił się wstecz, pojęli, że to coś strasznego być musi. Zerwali się z miejsc, zaczęli się cisnąć, rozpytując na prawo i lewo siedzących bliżej, od kogo, na miły Bóg, Jan otrzymał to zlecenie.

— Janie! — zawołał groźnie proboszcz — czy wiesz, co mówisz?

— Naturalnie, że wiem! — potwierdził Jan i skinął głową dla potwierdzenia swych słów. — Słyszałem od dawna, że jest pod progiem. Wyszedłem i poprosiłem do środka, ale nie chciał, dał mi tylko zlecenie do zięcia. Potem poszedł sobie gdzieś. „Powiedz mu — dodał jeszcze — że nie mam doń urazy za to, iż mnie zostawił tyle czasu w śniegu zranionego i nie pośpieszył z pomocą, choć mógł. Ja się nie mszczę, ale czwarte przykazanie boskie! Pozdrów go i powiedz, by złożył wyznanie i wzbudził w sobie żal, to będzie dlań najlepsze. Ma jeszcze czas do pierwszej niedzieli po świętym Janie”.

Jan mówił zupełnie rozsądnie i wywiązywał się z dziwnego zlecenia w sposób tak wiarogodny, że zarówno proboszcz, jak i wszyscy zebrani przez kilkanaście sekund trwali w przeświadczeniu głębokim, iż rzeczywiście Eryk z Falli stał pod drzwiami domu i rozmawiał ze swym dawnym wyrobnikiem. Toteż oczy wszystkich zwróciły się na Larsa Gunnarsona, by zobaczyć, jakie to na nim wywiera wrażenie.

Lars jednak roześmiał się i rzekł:

— Uważałem Jana dotąd za rozsądnego, inaczej bowiem nie brałbym go na katechizację. Ksiądz proboszcz raczy łaskawie przebaczyć, że mu przeszkodził. Widocznie szaleństwo wystąpiło znowu.