Noc nie nadawała się zgoła do przechadzki. Gdy jeno wyszli, uderzyli twarzami w twardy, kolący mur zamrozu najeżony potłuczonym jakby szkłem. Ciął ich nożami i zdawało się, że chce wyrwać nos. Bolały ich strasznie końce palców i mieli wrażenie, że popękają lada chwila, a potem że ktoś poobcinał je siekierą, albowiem czucie stracili zupełnie.

Jan nie pozwolił sobie na jeden jęk skargi, a Katarzyna milczała także. Szli śmiało wprost przed siebie, kierując się w tę samą stronę, którą przed laty dążyli rankiem w Boże Narodzenie z Klarą Gullą, tak małą jeszcze, że trzeba ją było nieść na rękach.

Niebo było bez chmur na zachodzie, połyskiwał wąski sierp księżyca, mogli przeto widzieć dobrze przed sobą. Mimo to jednak trudno im było trzymać się drogi, gdyż śnieg zasypał wszystko i wyrównał naokół. Raz po razu70 mijali twardy grunt i zapadali głęboko.

Udało im się wreszcie dotrzeć do wielkiego bloku skalnego, który swego czasu olbrzym cisnął w kościół swartsjoeński.

Jan minął go już, ale Katarzyna idąca za nim wydała nagle okrzyk przerażenia:

— Janie! Janie! Czyż nie widzisz, że tu ktoś siedzi?

Nie wrzasnęła tak przeraźliwie jak teraz od onego dnia, kiedy to Lars Gunnarson chciał im zabrać dom.

Obrócił się, zbliżył do niej i niewiele brakło, by oboje nie uciekli co tchu. Było się czego przerazić. Pod skałą, oparty plecami o głaz siedział stary, pokryty zupełnie zlodowaciałym szronem straszliwy troll z najeżoną brodą i ogromnym jak trąba nosem.

Trwał w zupełnym bezruchu i nie ulegało wątpliwości, że zamarzł na śmierć na mrozie, zanim zdążył skryć się w swej szatańskiej jaskini podziemnej.

— Nie mogę wyjść z podziwu, że widzę na własne oczy trolla — powiedziała Katarzyna. — Słyszałam o nich tyle, ale nie mogłam nigdy uwierzyć, że chodzą po świecie!