Jan pierwszy opanował się i poznał, kogo ma przed sobą, nie zaś Katarzyna.

— To nie troll! — zawołał — to Agrypa Prästberg.

— Co mówisz? Na miłość boską, prawda! To Agrypa! Ale zupełnie podobny do trolla!

— Usiadł tu i zasnął! — powiedział Jan. — Kto wie, czy jeszcze żyje?

Wołali nań po imieniu, potrząsali nim, ale milczał i siedział dalej bez ruchu.

— Leć do domu i bierz sanki! — rozkazał Jan. — Inaczej go nie doniesiemy do domu! Ja zostanę i będę go nacierał śniegiem, aż się zbudzi.

— Żebyś tylko sam nie zamarzł, zanim wrócę! — powiedziała serdecznie.

Ale Jan odparł:

— Droga Katarzyno, od lat całych nie było mi tak ciepło jak dzisiaj. Jestem uszczęśliwiony znakiem od Klary Gulli. Czyż to nie pięknie z jej strony, że wysłała nas po nocy aż tutaj, byśmy ratowali tego właśnie, który tyle kłamliwych o niej szerzył wieści?

W kilka tygodni potem, wracając z roboty do domu, spotkał Jan Agrypę.