— Już przyszedłem całkiem do siebie! — powiedział wesoło Agrypa. — To jednak nie ulega wątpliwości, że niewiele by zostało do dziś z Jana Uttera Agrypy Prästberga, gdyby nie ty, Janie i Katarzyna! Dlatego to długo sobie łamałem głowę nad tym, jak by się wam odwdzięczyć.
Jan podniósł ramię i uczynił gest lekceważenia.
— Kochany Agrypo, nie łam sobie daremnie głowy! To był zwyczajny ludzki obowiązek sumienia!
— Cicho bądź i słuchaj! — krzyknął Agrypa porywczo. — Mówię, że łamałem sobie głowę i basta, a jeśli tak mówi Agrypa, to nie jest gadanie na wiatr... rozumiesz? Otóż com zamierzył, to wykonałem. Przed kilku dniami zdybałem tu niedaleko owego przekupnia, który swego czasu podarował twej córce czerwoną sukienkę.
— Kogo? — spytał Jan, chwytając z trudem powietrze i drżąc z podniecenia.
— Powiadam, tego przekupnia, który dał Klarze Gulli czerwoną sukienkę, a potem spotkał ją w Sztokholmie i wprowadził na drogę nieszczęścia. Ten drab był winien wszystkiemu. W twoim tedy imieniu sprałem go na kwaśne jabłko i zapowiedziałem, że mu kości połamię, jeśli się poważy pokazać jeszcze raz w naszej okolicy!
Jan nie wierzył własnym uszom.
— Jak to? — zawołał. — Nie spytałeś go nawet, co się dzieje z Klarą Gullą? Może mu dała jakieś wieści o sobie dla mnie?
— Nie pytałem! Jakże pytać, kiedy się kogoś bije? On też nie rzekł nic, schował do kieszeni, co dostał i uciekł co tchu. Tak... oddałem wam obojgu przysługę i skwitowaliśmy się! Cieszy mnie to, bo Jan Utter Agrypa Prästberg nie lubi być czyimś dłużnikiem.
Agrypa ruszył za swymi sprawami, a Jan stał długo na drodze i lamentował.