— Wiesz i o tym? — rzekł stary. — Jana nie to gryzie właściwie, gdyż nie wierzy; rozchorował się, nie mogąc znieść jej obojętności i braku serca dla siebie.
Gadatliwość ojca była stanowczo za wielka. Mówił więcej, niż należało.
— Stanę na tym ostatnim kamieniu! — powiedział syn. — Widzę tam dużo ryb w pobliżu.
Zmieniając miejsce, oddalił się tak, że rozmowa była niemożliwą, a przez całe poobiedzie nie było już sposobności, by ją nawiązać z powrotem. Syn czuł jednak skierowane na siebie ciągle spojrzenie przygasłych oczu ojca.
Był tym razem bardzo zadowolony z przybycia gości. Stół zastawiono pod gołym niebem, przed domem, a ojciec, zasiadając do jedzenia, odrzucił wszelkie troski i smutki. Odżył stary Ola, siedząc w roli pana domu pośród gości swych i można było sobie wyobrazić, jakim był niegdyś, w młodszych, szczęśliwszych latach.
Z Falli nie przybył nikt, ale Lars Gunnarson był w myśli wszystkim i nie można się było temu dziwić, albowiem nadszedł dzień, przed którym został w tak tajemniczy sposób ostrzeżony. Syn Oli Bengsta musiał jeszcze wysłuchać kilka razy szczegółowych sprawozdań o przebiegu katechizacji we Falli i dziwnym zbiegu, że proboszcz właśnie tego dnia nauczał o obowiązkach dzieci względem rodziców. Słuchał, lecz nie sprawiało mu to przyjemności żadnej. Nie rzekł ni słowa, ale ojciec musiał spostrzec po jego oczach, że miał tego dość, gdyż zwrócił się doń i spytał:
— Cóż sądzisz, Nilsie, o tym wszystkim? Dziwisz się pewnie, że Pan Jezus nie ustanowił również przykazania dla rodziców, jak mają postępować z dziećmi swymi?
Zaskoczyło to pytanie syna. Uczuł, że się oblał rumieńcem, jakby go schwytano na gorącym uczynku.
— Ojcze! — odparł. — Nigdy nie myślałem, ani nie mówiłem...
— Tak, to prawda! — przerwał mu stary Ola i zwracając się do wszystkich biesiadników, ciągnął dalej. — Trudno wam będzie pewnie uwierzyć temu, co powiem. Prawdą atoli jest zupełną, że ani syn mój, ani synowa nigdy nie powiedzieli mi jednego złego słowa!