Starzec nie mówił do pewnych, określonych osób, toteż nikt nie czuł się w obowiązku odpowiadać.

— Obojgu trudnym to było bardzo! — mówił Ola dalej. — Utracili mnóstwo wszelakiego dobra. Mogliby państwem teraz być wielmożnym, gdybym był się inaczej obchodził z darami boskimi. Nie uskarżali się jednak nigdy, a teraz oto co roku przyjeżdżają tu, by pokazać, że nie żywią dla mnie żalu nijakiego!

Oblicze starca było teraz znowu jakby zamarłe, a głos jego brzmiał spokojnie i uroczyście. Syn nie wiedział, czy ojciec ma coś określonego na myśli, co by mu chciał powiedzieć, czy mówi, by w ogóle coś mówić.

— Oni inaczej postępują ze mną niż Liza! — podjął Ola na nowo, wskazując palcem synowę75. — Liza robi mi od rana do wieczora piekło o to, żem zmarnotrawił majątek.

Synowa nie uczuła się wcale dotkniętą tym przytykiem, uśmiechnęła się tylko dobrodusznie w odpowiedzi.

— A ojciec lamentuje nade mną, że po całych dniach muszę łatać, szyć, naprawiać i mało sobie rąk nie urobię!

— Prawda! — przyznał otwarcie. — Widzicie, żadne z nas się nie zapiera, ale powiada, jak jest i basta! Możemy ze sobą mówić, wszystko co ja mam, ma ona, a cała jej własność jest moją własnością. Dlatego to czuję, że jest ona naprawdę moim dzieckiem.

Syn uczuł się teraz dotknięty i uczuł niepokój, który wzrastał ciągle. Niezawodnie stary chciał na nim coś wymusić. Była to określona odpowiedź, na którą czekał od rana.

Ale przecież nie trzeba jej było dawać tutaj, publicznie, przy wszystkich.

Nils odetchnął z ulgą niezmierną, gdy, podniósłszy oczy, zobaczył Larsa Gunnarsona z żoną wchodzących właśnie furtką na podwórko.