Starzec ruszył w drogę, jak mógł najspieszniej, a Katarzyna weszła do izby posłać Janowi łóżko. Ledwo znikła w domku, łoskot ów, który oboje z Olą uważali za zwykły turkot wozu, zbliżył się znacznie. Jan słyszał dudnienie olbrzymich wozów wojennych, a cała ziemia drżała coraz to silniej. Krzyknął na nią i zaraz wybiegła ku niemu.
— Nie bójże się! — powiedziała. — To nic! Widzę już konia, to gniada ze stajni we Falli. Czekaj, podniosę cię i sam zobaczysz.
Podsunęła mu ramię pod plecy i uniosła w górę. Dostrzegł pośród krzaków olszyny, brzeżących79 drogę, zarys konia pędzącego szalonym galopem ku Skrołyce.
— Widzisz sam — powiedziała Katarzyna — że to tylko Lars Gunnarson wracający do domu. Upił się w szynku i nie wie, którędy jechać.
W chwili kiedy to powiedziała, zaprzęg przeleciał koło furtki i zobaczyli, co się dzieje. Zobaczyli oboje dokładnie, że wózek był pusty, a koniem nie kierował nikt.
Katarzyna krzyknęła i cofnęła rękę tak szybko, że Jan opadł ciężko na ziemię.
— Boże wielki! — zawołała. — Czyś widział Janie? Koń go wlecze na cuglach.
Nie czekając odpowiedzi męża, wypadła na drogę, którą przeleciał dopiero co koń.
Jan pozwolił jej iść, gdzie chciała. Rad był nawet, że został sam. Dotąd nie znalazł odpowiedzi na pytanie, dlaczego cesarzowa gniewa się na niego.
Tuż przed jego oczyma leżał ów mały skrawek połyskującego złotem papieru, a migotał tak, że mimo woli zwrócił nań spojrzenie. Myśl jego skierowała się ku szalonej Ingebordze i wspomniał ów dzień, w którym spotkał się z nią w przystani borskiej.