Jan złożył ręce nabożnie.
Jakże cudowna jest ta droga dziewczynka, ta wielka cesarzowa? Ledwie uczuł skruchę i postanowił naprawić błąd, a oto natychmiast przywraca go do łask i darzy swą miłością.
Uczuł się zdrowy, rześki, szczęśliwy. Sklepienie niebios uniosło się znowu w górę, powietrze orzeźwiało, żar znikł doszczętnie. Mógł się podnieść bez pomocy i sięgnąć po ukochane insygnia władzy.
— Teraz możesz kłaść się spokojnie do łóżka! — zakończyła Katarzyna. — Nikt ci nie zaprzeczy czapki ni laski, bo Lars nie żyje.
Żona cesarza
Katarzyna ze Skrołyki siedziała na krześle w kuchni w Löwdali. Przyniosła przędziwo, a sama pani Liliecrona odebrała je, zważyła i zapłaciła, chwaląc przy tym staranną robotę.
— Dobrze się składa, Katarzyno — powiedziała pani porucznikowa — że tak doskonale umiecie prząść, bo teraz musicie pracować na siebie i męża sama jedna!
Katarzyna wyprostowała się, a na policzkach jej, na samych wystających kościach pod oczyma zjawiły się dwie czerwone plamy.
— Jan pracuje także — odparła porywczo — nie był on zresztą nigdy tak silny, jak zwyczajny robotnik!
— Podobno teraz niczym się nie zajmuje? — zauważyła porucznikowa. — Słyszałam, że chodzi od folwarku do folwarku, pokazując swe gwiazdy i śpiewając pieśni.