Aż do roku 1860, kiedy to ukończono nareszcie budowę szkoły, musiał co dwa tygodnie zmieniać lokal szkolny i często wypadło mu uczyć w izbie, gdzie gospodyni gotowała jedzenie, gospodarz stał u warsztatu i heblował drzewo, tuż obok leżeli niemogący się już podnieść staruszkowie, pod ich zaś łóżkami kury gdakały lub wysiadywały jaja.
Mimo to nauka szła zawsze dobrze, bowiem kościelny Svartling zaliczał się do ludzi, którzy umieją w każdych warunkach utrzymać ład i porządek. Niemniej rozkosznego doznał uczucia w chwili rozpoczęcia swych czynności w izbie wyłącznie na naukę przeznaczonej, wolnej od owych zwykłych, a uciążliwych dodatków. Pod ścianami nie było już łóżek ani szaf, ani szafarni, okien nie zasłaniały wysokie warsztaty tkackie, grążąc w cieniu szkołę, a także nie mogła tu już wepchnąć się żadna sąsiadka przynosząca nowinki, paplająca, niby kury co gdaczą i pijąca kawę.
Tutaj mógł zawiesić na ścianach obrazy z historii biblijnej, rysunki roślin i zwierząt oraz wyobrażenia królów szwedzkich. Tutaj też miały dzieci niskie, prawdziwe ławki szkolne i nie były zmuszone siedzieć przy wysokich stołach, kiedy to nader często nie sięgały nosami umieszczonej gdzieś w górze płaszczyzny, na której leżały książki lub tabliczki.
Tutaj miał nauczyciel katedrę, jak się należy, poza nią półki i szuflady, gdzie mógł chować księgi ze świadectwami i katalogi, a gdy tak podczas nauki siedział wzniesiony ponad poziom klasy, miał minę dostojną, jak nigdy w ciągu całej swej nauczycielskiej kariery. Dotąd siadywał najczęściej na kominie, a dzieci otaczały go półkolem, przysiadłszy na podłodze. Dotąd najczęściej miał poza sobą żar ogniska, teraz czuł się wyśmienicie, stał się człowiekiem osiadłym, miał czarną tablicę, gwoździe do zawieszania map i rycin i nie musiał je opierać o szafy, stoły, czy ławy, jak to czynił przez czas długi.
Wiedział teraz, ile posiada piór gęsich i mógł uczyć dzieci ciągnąć proste kreski i regularne łuki. Zaświtała na koniec nadzieja, że cała parafia wyuczy się z czasem pisać tak pięknie, jak on sam, wreszcie, na czym mu bardzo zależało, mógł teraz ustawiać uczniów w regularne, wojskowe szeregi, by w porządku po nauce opuszczały budynek.
Wszyscy byli niewymownie zadowoleni z posiadania szkoły, obok tego jednak zjawiło się nowe uczucie. Oto wydało się rodzicom, że dzieci stały im się obce, od kiedy zaczęły chodzić do nowego budynku. Wydało im się, że dzieci przeniosły się w jakiś inny, dostojniejszy stan, do którego oni nie mieli dostępu. Uczucie to było uzasadnione, ale niesłuszne, bo przecież wielką to powinno było napawać rodziców radością, że dzieciom dostało się coś lepszego, niż im samym i że mogą sięgnąć wyżej.
Onego dnia, kiedy Jan szedł na egzamin, wiódł on przez całą drogę za rączkę swą małą Klarę Gullę, jak to zawsze miało miejsce i rozmawiali ze sobą po przyjacielsku i szczerze.
Gdy jednak Klara Gulla znalazła się w pobliżu szkoły i zoczyła16 kupkę dzieci, czekających u wejścia, wysunęła dłoń z ręki ojca i przeszła na drugą stronę drogi, znalazłszy się zaś pod samym budynkiem, zupełnie zapomniała o Janie i przyłączyła się do współuczniów.
Podczas egzaminu siedział Jan ze Skrołyki na krześle w bezpośrednim sąsiedztwie katedry, pomiędzy wysokimi dostojnikami i członkami rady szkolnej. Był on zmuszony zająć to miejsce, inaczej bowiem nie byłby widział nic prócz pleców Klary Gulli, siedzącej pośród najmłodszych uczniów, w pierwszej ławce na prawo od katedry. Gdyby nie to, za nic w świecie nie byłby się ośmielił siadać na tak poczesnym miejscu. Kto jednak był ojcem tak niezrównanego dziecka, jak Klara Gulla, nie miał powodu, uważać się za coś gorszego niż każdy inny parafianin.
Klarcia z miejsca swego musiała widzieć ojca, inaczej być nawet nie mogło. Mimo to nie spojrzała nań ani razu i wydawało się, że dla niej nie istnieje wcale.