Stała się jednak rzecz niepojęta. Oto gdy w pierwszym zaraz dniu połów był obfity, przez cały tydzień następny nie złapała się ani jedna ryba. Szczęście opuściło zupełnie małą Klarę Gullę. Wprawdzie poznikały ze sznura nie tylko przynęty, ale nawet brakło kilku haczyków, natomiast nie było ani jednego, jedynego pstrążka.
Zrozpaczona, zabrała swe narzędzia rybackie z węzizny24 na zalewisko, stamtąd przeniosła je znowu pod wodospad, niestety, nie zmieniło to wcale sprawy, niepowodzenie okazało się stałe.
Biedna dziewczyna indagowała25 synów Börjego, potem Eryka z Falli, chcąc się dowiedzieć, czy może wstawszy raniej od niej szli wzdłuż potoku i kradli jej ryby. Ale chłopcy nie raczyli nawet odpowiadać jak należy, uważali to bowiem za poniżenie dla siebie. Żadnemu na myśl by nie przyszło łowić ryby w potoku, w którym prano bieliznę. Mieli przecież do dyspozycji rozległe jezioro duwneńskie. Łapanie w potoku dobre jest dla małej smarkuli, której nie wolno chodzić po brzegu głębokiego jeziora. Taką wydali godnie opinię, ale Klara Gulla nie wiedziała, czy ma im wierzyć, czy nie.
Pewna była tylko, że ktoś jej ryby zdejmuje z haczyków, bo jakżeby mogło być inaczej, skoro nie używała wcale zgiętych szpilek, ale zakładała, jak się należy, porządne haczyki z przynętą, wedle wszelkich zasad rozstawione na długim sznurze.
Chcąc rzecz raz ostatecznie wyjaśnić, wstała pewnego ranka jeszcze wcześniej niż ojciec i matka i pobiegła nad wodę co prędzej. Zbliżywszy się do miejsca, gdzie były jej przyrządy, zwolniła kroku i zaczęła stąpać ostrożnie, wolno, kryjąc się za krzaki i bacząc pilnie, by nie potrącić kamienia lub nie zaszeleścić gałązką.
Nagle zadrżała i całe jej ciało zdrętwiało. Przyszedłszy nad samą wodę, podniosła głowę, spojrzała i przekonała się, że miała rację. Złodziej kradnący jej ryby stał w tym samym właśnie miejscu, gdzie zeszłego wieczoru zarzuciła sznur z haczykami i zdejmował z nich pstrągi.
Ale nie był to, jak się spodziewała, żaden z małych chłopców, tylko dorosły człowiek. Pochylił się właśnie nad wodą i wyciągnął sporą rybę, a Klara Gulla widziała połysk łuski, gdy ją zdejmował z haczyka.
Miała niespełna osiem lat, ale nie bała się nikogo, toteż podbiegła żwawo i schwytała złodzieja na gorącym uczynku.
— A... — zawołała — więc to wy, Ola, kradniecie mi ryby? Dobrze się stało, żem przyszła, bo trzeba temu koniec położyć!
Mężczyzna podniósł głowę i Klara Gulla mogła spojrzeć mu w oczy. Poznała go od razu po ruchach był to stary sieciarz, mieszkający w jednym z szałasów leśnych.