— Pewnie tak szczęśliwi czuli się Adam i Ewa w raju! — powiedział uroczyście jeden z młodych ludzi.

Jan był tego samego zdania, miał jednak tyle przytomności, że nie puszczał rączki Klary Gulli.

Gdy śpiewać skończono, strzeliły w niebo rakiety. Leciały z sykiem, siejąc ogień wysoko po granatowym niebie, a potem rozsypywały się w mnóstwo czerwonych, niebieskich i złotych gwiazd, które spadały powoli ku ziemi. Na widok ten Jan uczuł takie uniesienie i takie zarazem wzruszenie, że zapomniał całkiem o Klarze Gulli, a gdy przyszedł do siebie, już jej nie było.

„Ano, trudno! — pomyślał. — Może uda jej się i tym razem jak zawsze i zdoła zmylić czujność karbowego Söderlinda i innych parobków, tak że jej nie schwytają...”

Nie sposób było szukać dziecka po wielkim, ciemnym sadzie. Najmądrzejsza rzecz, pomyślał, to stać spokojnie i czekać na jej powrót.

I niedługo nawet przyszło mu czekać. Zaledwie druga zwrotka zbliżała się ku końcowi, Jan zobaczył karbowego Söderlinda, jak szedł, niosąc na rękach Klarę Gullę.

Porucznik Liliecrona stał w otoczeniu kilku panów na pierwszym stopniu schodów wiodących do ogrodu i przysłuchiwał się śpiewaniu. Karbowy zatrzymał się przed nim i postawił winowajczynię na ziemi.

Klara Gulla nie płakała, ani nie uczyniła wysiłku, by uciekać. Napełniła fartuszek pół dojrzałymi jabłkami i skupiła teraz tylko na to uwagę, by ich nie pogubić.

— Przyłapałem tę dziewczynę na drzewie! — powiedział Söderlind. — Pan porucznik kazał stawić przed siebie złodziei, by się sam z nimi rozmówić.

Porucznik patrzył na dziecko, a potem kąciki ócz30 zaczęły mu drgać, tak, że sam nie wiedział, czy się zacznie śmiać, czy się rozpłacze.