Siedemnasty sierpnia był to dzień wesela i wszyscy wyglądali go z utęsknieniem zarówno w Svartsjö, jak i w Bro przez cały boży rok. Był to dzień uroczysty nie tylko dla wielkich państwa oraz dorosłych, ale także dla młodzieży całej wsi i bliższej okolicy i dzieci. Toteż płynęły zewsząd gromadki jasno przystrojonych malców spragnionych pogapić się na dostojnych państwa oraz użyć sobie na śpiewie, muzyce i tańcach.
Młodzież i dzieci pociągała do Löwdali i ta jeszcze okoliczność, że w owym dniu można się było nasycić do woli różnymi dobrymi rzeczami, których pełen był sad. Co prawda, zazwyczaj przestrzegano jak najsurowszych zasad uczciwości, w tym jednak dniu patrzono przez palce i o ile tylko ktoś nie dał się wprost złapać na uczynku, mógł się objeść owoców, których była wielka obfitość, ile dusza zapragnie. Niełatwa to była jednak sztuka nie dać się złapać.
Gdy Jan przyszedł z Klarcią do sadu, zauważył zaraz, jak jej się rozszerzyły źrenice na widok wspaniałych jabłoni, przeciążonych wprost na pół dojrzałymi jabłkami. On sam nie broniłby jej kilku tych owoców, ale spostrzegł stojących pod drzewami karbowego Söderlinda i kilku innych parobków pilnujących w tym roku sadu z większą niż zazwyczaj gorliwością.
Zabrał tedy Klarcię ze sobą do tej części ogrodu, gdzie nie było nic do łasowania, aby uchronić ją od pokusy. Wiedział jednak, że dziewczynka krąży myślami wokoło krzaków agrestowych i jabłoni. Nie patrzyła ani na pięknie postrojonych, dostojnych gości, ani na klomby z kwiatami. Nie budziły w niej zaciekawienia piękne mowy wygłoszone na cześć porucznika przez proboszcza z Bro i inżyniera Boreusa z Borgu. Nie słuchała nawet ślicznego wiersza wygłoszonego przed solenizantem przez kościelnego, Svartlinga.
Z wnętrza domu dolatywały dźwięki klarnetu Andersa Öftera, tak skoczne wygrywającego melodie, że nie sposób było nóg utrzymać w spokoju. Klara Gulla szukała tylko pozoru, by móc wrócić do sadu.
Jan trzymał ją przez cały czas za rączkę, nie puszczał pod żadnym warunkiem i głuchy był na wszelkie wybiegi. Wszystko się tedy odbyło dobrze aż do zmierzchu, kiedy sad zatonął w zmroku.
Pozapalano mnóstwo lampek papierowych i nie tylko porozwieszano je po drzewach, ale poustawiano na klombach, rabatach kwiatowych i przybrano świetlnymi festonami ściany domu. Było to tak piękne, że Janowi, który nie widział w życiu nic podobnego, zaczęło kręcić się w głowie i nie wiedział, czy chodzi jeszcze po ziemi.
Mimo to trzymał ciągle małą rączkę w swej dłoni i nie puszczał.
Gdy zapłonęły kolorowe lampiony, zaczęli śpiewać chórem kupiec mający swój sklep przy kościele, jego brat oraz Anders Öfter i jego siostrzeniec, a Jan słuchając tego, doznał wrażenia, że powietrzem wstrząsa dreszcz radosny i że go otacza fala nieziemskiej rozkoszy. Z serca zniknęła mu wszelka troska, odetchnął swobodnie, jakby zrzucił codzienne brzemię życia. Ciepła noc przepojona była tymi dźwiękami, a Jan nie mógł się oprzeć ich czarowi. Doznawali tego samego wszyscy inni, czuli się szczęśliwi i wydawało im się, że żyją w innym, lepszym świecie.
— Tak... tak... to dzień wyjątkowy... to siedemnasty sierpnia! — szepnął ktoś tuż obok Jana.