Biedny Jan trzymał teraz w rękach coś ciepłego, miękkiego, uwiniętego7 w kilka chustek, spośród których wyzierała maleńka, pełna zmarszczek buzia i skurczone, drgające ciągle rączyny.
Stał zmieszany i zadawał sobie pytanie, co ma uczynić z ową rzeczą, którą mu położono na ramieniu. Zadumał się nad tym, ale nagle uczuł jakby pchnięcie, tak silne, że on sam i dziecko, oboje zadrżeli. Ciosu tego nie zadał mu nikt z obecnych, to pewne. Nie wiedział tylko, czy punktem wyjścia było owo maleństwo, czy może stało się to w nim samym i skierowało się ku dziecku. Nie mógł w żaden sposób rozwikłać.
Bezpośrednio potem zaczęło mu tak mocno bić i tętnić serce, jak nie zdarzyło mu się, od kiedy żył na świecie. Nie było mu już teraz zimno, nie czuł żalu, goryczy, ni smutku, ale przeciwnie, wszystko wydawało mu się bardzo dobre i piękne. Niepokoiło go tylko, że nie rozumie, dlaczego w piersi jego w ten sposób puka, bo w ciągu całego dnia nie tańczył, ani nie biegał, ani nie wspinał się na wysoką górę.
— Proszę, połóżcież tu dłoń! — powiedział do akuszerki. — Wydaje mi się, że serce moje bije jakoś niezwyczajnie!
— Prawda! Bicie serca nie lada! — odparła. — Czy się to zdarza często?
— Nie! Dotąd nie zdarzyło się jeszcze! — zaręczał Jan. — Przynajmniej nie miałem dotąd tak silnego ataku.
— Czy się czujecie źle, Janie? Czy was co boli?
— Nie... nie... nic mi nie dolega! — odrzekł.
Akuszerka nie wiedziała, co to ma znaczyć i powiedziała:
— Tak, czy owak, muszę zabrać dziecko!