— Posłuchaj mnie, Klaro Gullo, — zaczął kładąc dłoń na jej ramieniu — chcę ci bowiem powiedzieć, że gdybym chciał i miał ochotę, nikt by mi nie mógł zabronić złotego krzyża biskupiego. Ale nie czynię tego, gdyż nie chcę uchodzić za coś więcej, niż jestem. Dlatego to nie powinnaś się też stroić jak panna ze dworu, będąc córką biednego wyrobnika!
Były to słowa okrutne i Klara nie wiedziała na skutek zmieszania i przerażenia w pierwszej chwili, co ma odpowiedzieć. Katarzyna pospieszyła jej z pomocą i zawiadomiła proboszcza, że suknia ta jest podarkiem.
— Bardzo to dobrze! — powiedział. — Ale czyż wy, rodzice, nie wiecie, do czego owo strojenie się doprowadzić może? Skoro raz czy dwa razy dziewczyna przybierze się tak wspaniale, to potem odczuje niechęć do prostej odzieży, jaką jesteście w możności jej sprawić.
Powiedziawszy to, obrócił się proboszcz, bo uznał, że dość jasno wyraził im swe zapatrywanie. Zanim jednak zdołał się oddalić, Jan zdobył się na odpowiedź:
— Gdyby ta dziewczyna miała nosić odzież, na jaką zasługuje, musiałaby wziąć promienną szatę słońca. Bowiem nam, rodzicom, jest słońcem i radością, począwszy od dnia, w którym przyszła na świat.
Proboszcz zwrócił się do nich ponownie i przypatrzył się dobrze wszystkim trojgu. Jan i Katarzyna postarzeli i wyglądali mizernie, ale na pomarszczonych twarzach błyszczały jasno oczy, skierowane ku młodzieńczej postaci stojącej pośrodku nich.
Proboszcz pomyślał, że nie należy gasić radości tych starych ludzi i sprawiać im przykrości i rzekł:
— Jeśli rzeczywiście jesteś, Klaro, słońcem i radością rodziców, to, zaprawdę, nosić możesz śmiało i dumnie swą piękną sukienkę, moja droga! Bo dziecko dające szczęście ojcu i matce, to najpromienniejsza istota na tej ziemi, to najwyższa zjawa, jaką widzieć mogą oczy człowieka!
Nowy pan
Gdy mieszkańcy Skrołyki wrócili do domu, tejże samej niedzieli, kiedy to proboszcz powiedział Klarze tak piękne słowa, zastali tuż obok furtki siedzących dwu ludzi na płocie i kiwających nogami.