— Larsie! Wspomnijcie waszych własnych rodziców! — zawołała Katarzyna. — I oni nie mieli się najlepiej, zanim przyżeniliście się do wielkiego majątku.

Przez cały czas mówiła sama jeno Katarzyna. Jan nie otworzył ust. Siedział, patrzył na Klarę Gullę, patrzył bez przestanku i czekał. Dla niego była sprawa zupełnie jasna. To, co zaszło, stało się wyłącznie po to, by mogła pokazać, co potrafi i do czego jest zdolna.

— Gdy zabierzesz dom biedakowi, już po nim! — lamentowała Katarzyna.

— Nie chcę wam wcale zabierać domu! — ponownie zawołał Lars Gunnarson. — Chcę tylko sprawę doprowadzić do porządku!

Ale Katarzyna nie słuchała co mówi, tylko zawodziła dalej:

— Dopóki biedak ma dom, czuje się podobnym do innych człowiekiem. Ale ten, komu zabrano dach własny, przestał być jako wszyscy ludzie!

Jan myślał. Katarzyna ma zupełną słuszność i mówi, jak należy mówić. Domek ich, postawiony ze starych belek, nie chronił od mrozu w zimie, pochylony był też na bok, bo ziemia rozstąpiła się pod jednym węgłem, przy tym był maleńki, a mimo to, gdyby go mieli utracić, musieliby mniemać, iż wszystko przepadło.

Ale Jan nie przypuścił ani na moment, by do tego dojść mogło. Wszak była obecna Klara Gulla i właśnie spostrzegł w jej oczach jasny błysk. Jeszcze chwila, a powie niezawodnie słowo lub uczyni coś, co przepędzi na cztery wiatry tych dwu szatanów dręczycieli.

— Naturalnie trzeba wam pozostawić czas do namysłu i zaradzenia sobie! — zauważył nowy gospodarz z Falli. — Tylko nie zapominajcie! Albo będziecie się musieli wynosić na pierwszego października, albo kupiec otrzyma sto talarów za towary, a ja sto za grunt... Rozumiecie?

Katarzyna załamywała spracowane dłonie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje i mówiła sama do siebie, nie troszcząc się wcale, czy ktoś słucha, czy nie.