— I dlatego chcecie nam, gospodarzu, zrabować dom? — krzyknęła Katarzyna.

— Broń Boże! — odparł. — Dom jest wasz, ja chcę tylko zabrać swój grunt.

— Aha! — powiedziała Katarzyna. — Więc mamy zabrać nasz dom z waszego gruntu?

— Nie opłaci się może przenosić tego, co i tak nie zostanie waszą własnością!

— Aha! Zamierzacie mimo wszystko położyć ręce na naszym domu? — wykrzyknęła znowu.

Lars uczynił przeczący ruch ręką. Broń Boże! Nie chciał on wcale wejść w posiadanie domu. Wszakże mówił już o tym. Tylko kupiec z Broby przysłał subiekta z rachunkiem za pobrane, a niezapłacone towary. O to rzecz idzie.

Kupczyk dobył rachunków, a Katarzyna podała je Klarze, by zliczyła, ile wynoszą razem.

Okazało się, że suma długu osiągnęła kwotę stu talarów. Tyle byli winni w sklepie. Katarzyna, usłyszawszy to, pobladła śmiertelnie. Potem, zwracając się do Larsa Gunnarsona, powiedziała:

— Widzę, że zamiarem waszym, gospodarzu, jest wygnać nas w szczere pole!

— Nie! — powtórzył Lars. — Wcale tego nie chcę, jeśli jeno zapłacicie, co się należy...