Ani Jan, ani Katarzyna nie rzekli nic.

Zrozumieli oboje od razu, co mają znaczyć te mimochodem rzucone słowa Larsa, ale uznali, że najlepiej będzie zaczekać, aż im to sam dokładnie wyjawi.

— Dochodziły mnie, co prawda, pogłoski, że nie zostawił żadnego pisemnego dokumentu — ciągnął dalej Lars — ale nie wierzę temu, to być nie może, bo w takim razie właścicielowi gruntu przypaść by musiało i to, co na nim stoi, a Eryk z Falli był wam życzliwy.

Jan milczał dalej, ale Katarzyna nie mogła dłużej wytrzymać. Była wstrząśnięta do głębi.

— Eryk z Falli podarował nam ten kawałek gruntu, na którym stoi dom i nikt nam go odebrać nie może! — powiedziała.

— Ależ nie mam wcale tego zamiaru! — zawołał nowy właściciel Falli drwiącym głosem. — Chcę tylko rzecz doprowadzić do ładu. Tylko do tego zmierzam. Jeśli Jan do terminu jesiennego jarmarku zapłaci sto talarów bitych..... wówczas....

— Sto talarów! — zawołała Katarzyna głosem, który brzmiał jak krzyk rozpaczy.

Lars nie rzekł ni słowa, zaciął tylko usta i milczał.

— Czemuż nie otworzysz ust, Janie? — spytała Katarzyna. — Czyż nie słyszysz, że Lars chce od nas sto bitych talarów?

— Być może, niełatwa to rzecz dla Jana dobyć tych talarów! — zauważył Lars. — Ale ja muszę obstawać przy tym, co jest moją własnością.