Coś podobnego przydarzyło się raz za dawnych właścicieli. Koń wbił sobie w bok pal z płotu, a Eryk nagrodził dziesięciu talarami tego, który doniósł o wypadku i pomógł doprowadzić zwierzę do stajni. Stało się to zaś, pomimo iż konia nie dało się uratować i musiano zastrzelić.

Krowa żyła i nie poniosła żadnego szwanku, toteż niezawodnie Jan będzie się mógł udać nazajutrz do kościelnego lub innego umiejącego pisać człowieka, by mu napisał list, wzywający Klarę z powrotem do domu.

Jan wyprostował się mimo woli i podniósł głowę, wchodząc do izby czeladnej. Stara Erykowa krzątała się dokoła stołu, roznosząc filiżanki gorącej, wonnej kawy, a Jan nie zdziwił się wcale, że mu podała sama i to jeszcze przed tym, zanim Lars otrzymał swoją porcję.

Podczas picia rozpowiadali wszyscy, jak odważny okazał się Jan. Sami tylko nowi właściciele, ani Lars, ani jego żona, nie otwarli ust i nie wyrzekli słowa pochwały.

Ale Jan był tak pewny, że minęły dla niego złe czasy i że szczęście zbliża się doń szybkim krokiem, iż bez trudności znalazł pocieszenie mimo milczenia Larsa i wytłumaczył je sobie.

Oto milczał zapewne dlatego, by to, co miał powiedzieć, wywołało tym większe wrażenie.

Co prawda, jakoś zbyt długo zwlekał ze swoją pochwałą. Inni nagadawszy się do syta, umilkli i uczuli się po trochu zakłopotani.

Kiedy stara Erykowa poprosiła na drugą filiżankę, wzbraniało się wielu z grzeczności, a między nimi Jan.

— Napij no się, mój Janie! — rzekła Erykowa. — Gdyby nie ty, stracilibyśmy dzisiaj naszą Łysą, która warta jest dwieście talarów!

Po słowach tych nastąpiło długie, kłopotliwe milczenie, a oczy zebranych zwróciły się na pana domu, który teraz winien był nareszcie wypowiedzieć bodaj kilka słów uznania i dać wyraz swej wdzięczności.