Lars odchrząknął raz i drugi, jakby chciał dać temu, co powie, szczególne znaczenie i ozwał się:

— Cała ta sprawa wydaje mi się nieco dziwna! Wszyscy wiemy, że Jan dłużny jest dwieście talarów, a on także wie, że mi na wiosnę dawano za Łysą taką samą kwotę. Jakież to jednak dziwne, iż krowa wpadła do bagna, a uratował ją nie kto inny, ale właśnie on sam? Jakże się to wszystko razem zgadza... nie powiedzieć.

Zamilkł i znowu odchrząknął. Jan wstał i zbliżył się, ale ani on, ani żaden z obecnych nie wiedział, co powiedzieć.

— Nie wiem dlaczego właśnie Jan posłyszał ryk krowy w bagnisku? — ciągnął dalej Lars. — Być może, że kiedy się zdarzył wypadek, znajdował on się bliżej Łysej, jak nam to powiedział? Może skorzystał ze sposobności pozbycia się długu i może sam wpędził krowę w trzęsawisko...?

Pięść Jana spadła z taką siłą na stół, że filiżanki podskoczyły wysoko w górę.

— Sądzisz drugich według samego siebie! — zawołał. — Ty jesteś zdolny do czegoś takiego, ale nie ja! Wiedz, że przeniknąłem obłudę twoją! Przypomnij sobie dzień, kiedy to zdarzyło się owo nieszczęście w zimie...

Właśnie w tym momencie, kiedy miał wyrzec słowa, które by spowodowały śmiertelną nienawiść Larsa i jego zemstę mogły wywołać, pociągnęła go stara Erykowa za rękaw i rzekła:

— Wyjrzyj no oknem, Janie!

Jan spojrzał i zobaczył Katarzynę idącą szybko przez podwórze z listem w podniesionym ręku.

Był to zapewne list od Klary Gulli, którego rodzice z utęsknieniem wyczekiwali od czasu wyjazdu córki. Katarzyna wiedziała, jaką radość sprawi Janowi, przyniosła mu go tedy niezwłocznie po otrzymaniu.