Gdy już tak rok chodził z workiem, wymyślił, że spróbuje zarobić dużą sumę za jednym zamachem. Wyruszył daleko na północ i kupił spore stado kóz, pewnie parę setek. I wszystkie te zwierzęta, wspólnie z przyjacielem, miał przeprowadzić na wielkie targowisko w Värmlandii8, gdzie za kozę płacili dwa razy tyle co na północy. Jeśli sprzeda wszystkie, zrobi wspaniały interes.

Był dopiero listopad, a ziemia czysta, kiedy Hede z przyjacielem wyruszyli ze stadem. Pierwszego dnia wszystko szło dobrze, lecz nazajutrz, gdy dotarli do wielkiego, dziesięciomilowego lasu, zaczął padać śnieg. Mocno śnieżyło i wiało. Wkrótce zwierzętom coraz trudniej było brnąć przez białe połacie. Kozy to odważne i wytrwałe stworzenia — długo pokonywały przeciwności, ale śnieżyca nie ustępowała przez kilka dni i nocy, nastał siarczysty mróz.

Hede robił wszystko, by uratować zwierzęta. Ale od kiedy zaczęło padać, nie znajdował dla nich pożywienia ani wody. Po całym dniu wędrówki przez głębokie śniegi zdarły skórę na nogach. Cierpiały, nie chciały ruszyć z miejsca. Pierwszą kozę, która padła na ścieżkę i nie chciała iść za stadem, Hede niósł na ramionach. Ale gdy położyła się druga i trzecia, nie mógł nieść wszystkich. Musiał odwrócić wzrok i iść przed siebie.

Być może wiecie, co znaczy dziesięciomilowy las. Ani jednego domostwa, żadnego schronienia przez kolejne mile — tylko las. Wysokie sosny, twarda kora i gałęzie osadzone daleko w górze, nie żaden młodniak o miękkich, delikatnych gałązkach, którymi mogłyby karmić się kozy. Gdyby nie śnieg, przeszliby las w kilka dni, ale w tych warunkach nie dało się zrobić ani kroku. Wszystkie kozy tam pozostały, a i ludzie omal nie poginęli wraz z nimi.

Przez cały ten czas nie spotkali żywej duszy. Znikąd pomocy.

Hede próbował odgarniać śnieg, by wygrzebać mech dla kóz, ale bez przerwy padało, a kruche gałązki przymarzły do ziemi. Jakże miał zdobyć pożywienie dla dwóch setek zwierząt?

Dzielnie wszystko znosił, dopóki kozy nie zaczęły się poddawać. Pierwszego dnia były radosną, żywą i zadziorną gromadą. Nieźle się namęczył, żeby podążały za stadem i żeby się nie pobodły na śmierć. Ale teraz jakby zrozumiały, że nic ich nie uratuje — ich natura uległa zmianie, stały się wręcz apatyczne. Wszystkie zaczęły meczeć i lamentować, wcale nie cicho i wysokim głosem, jak to zazwyczaj kozy, lecz z mocą i coraz głośniej, im większa była ich niedola. I gdy Hede usłyszał te jęki, zaczął wierzyć, że traci zmysły.

Las był dziki i opuszczony, znikąd pomocy. Jedno po drugim zwierzęta padały na ziemię. Zawieja przykrywała je śniegiem. Gdy Hede się odwracał i widział rząd zasp przy drodze — a każda z nich skrywała zwierzę, a z każdej wystawały rogi i kopyta — kręciło mu się w głowie.

Rzucał się do kóz, które wpadły w zaspy, wywijał witką i bił je. Był to jedyny sposób, by je ocalić, ale nie chciały się ruszać. Chwytał je więc za rogi i ciągnął za sobą. Pozwalały się tarmosić, ale żadna z własnej woli nie zrobiła kroku. Kiedy puszczał ich rogi, lizały mu ręce, jakby błagając o pomoc. Gdy tylko do nich podszedł, lizały mu ręce.

Wszystko to tak potwornie odbiło się na Hedem, że czuł zbliżający się obłęd.