Ona z kolei tylko się modliła, by Pan Bóg nie kazał jej już dłużej żyć. Tak bardzo chciała umrzeć.

I stało się tak, jakby Pan Bóg chciał sprawdzić, czy dziewczyna myśli poważnie. Pewnej nocy poczuła, że całe jej ciało robi się sztywne i zimne; zapadła w głęboki sen. „To musi być śmierć”, powiedziała do siebie.

Tajemnicze było jednak to, że nie straciła świadomości. Wiedziała, że leży martwa, że owinęli ją w całun i włożyli do trumny. Ale nie czuła lęku przed byciem pogrzebaną, choć przecież nadal żyła. Myślała jedynie o tym, jak bardzo jest szczęśliwa, że mogła umrzeć i opuścić ziemski padół.

Obawiała się tylko jednego: że odkryją, iż jej śmierć była pozorna, i nie pochowają jej. Życie musiało być dla niej ciężarem, skoro w ogóle nie bała się śmierci.

Lecz nikt nie zauważył, że żyje. Zawieźli ją do kościoła, wynieśli na cmentarz i włożyli do grobu.

Jednak nie zasypali jej ziemią, bowiem w Råglandzie panował obyczaj, zgodnie z którym zmarłych chowano w niedzielny poranek, po nabożeństwie. Procesja ruszyła do kościoła, zostawiwszy trumnę w otwartym grobie. Tuż po mszy zamierzano tu wrócić i pomóc grabarzowi w sypaniu ziemi.

Dziewczyna wiedziała o wszystkim, co się działo, nie czuła jednak strachu. Nawet gdyby zechciała, nie mogłaby się poruszyć, by pokazać, że żyje — leżała zatem bez ruchu. Nadal była szczęśliwa, że jest niemal martwa.

Faktycznie nie dało się powiedzieć, że żyje. Była nieprzytomna, nie miała też normalnej świadomości. Żyła jedynie ta część jej duszy, która nocą śni.

Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, jakie to będzie potworne obudzić się w zasypanym grobie. Nie panowała już nad umysłem, niczym osoba zatopiona całkowicie w marzeniach.

„Ciekawam”, zastanawiała się, „czy jest coś na świecie, co przywróciłoby mi chęć życia”.