Gdy tylko tak pomyślała, wydało jej się, że wieko trumny i całun11, leżący na jej twarzy, stają się przezroczyste. Ujrzała przed sobą pieniądze, piękne stroje i cudne ogrody pełne dorodnych owoców.
— Nie, nie obchodzi mnie żadna z tych rzeczy — rzekła, zamykając oczy na wszystkie te wspaniałości.
Gdy znów je otworzyła, skarby zniknęły, a na ich miejscu ujrzała całkiem wyraźnie aniołka, siedzącego na brzegu grobu.
— Dzień dobry, boski aniołku — odezwała się.
— Dzień dobry, Ingrid! — odpowiedział anioł. — Kiedy tak leżysz, nie mając nic do roboty, pomówię z tobą o minionych czasach.
Ingrid rozumiała każde słowo anioła, lecz jego głos nie przypominał niczego, co wcześniej słyszała. Podobny był do dźwięków strun zamienionych w słowa. Nie była to pieśń, lecz muzyka skrzypiec albo harfy.
— Ingrid — rzekł anioł — pamiętasz, kiedy żył jeszcze twój dziadek, spotkałaś młodego studenta, który przez cały dzień chodził z wami po podwórkach, grając na dziadkowych skrzypkach?
Twarz prawie martwej dziewczyny rozjaśnił uśmiech.
— Sądzisz, że zapomniałam? Od tego czasu nie było dnia, bym o nim nie myślała.
— I nie było nocy, byś o nim nie śniła?