— Cóż to, ruszasz moje rzeczy? — odezwał się groźnie.
Ingrid nie zwróciła uwagi na ostry ton jego głosu, wciąż miała go za najlepszego przyjaciela.
— Och, mój drogi, mój drogi — błagała — pomóż, żeby ludzie mnie nie zobaczyli! Opróżnij gdzieś wór z tych towarów, daj mi wejść do środka i zanieś mnie do domu! Proszę, zrób to! Mieszkam na plebanii, to tylko kawałek stąd. Na pewno wiesz, gdzie to jest.
Mężczyzna patrzył na nią tępym wzrokiem. Nie mogła się domyślić, czy pojął choćby jedno słowo.
Powtórzyła, lecz jego mina nie zdradzała, że zamierza jej posłuchać.
Znów zaczęła wyrzucać rzeczy. Wtedy tupnął nogą i wyszarpał wór z jej rąk.
Mój Boże, jak Ingrid miała do niego przemówić?
Obok niej na trawie leżały skrzypce i smyczek. Podniosła je, nie wiedząc, dlaczego to robi. Tak dużo czasu spędziła z muzykantami, że nie mogła patrzeć na instrument leżący na ziemi.
Gdy go dotknęła, Dalarczyk puścił wór i wyrwał jej skrzypce.
Rozwścieczyło go, że je ruszyła.