— No, oddam Grecie albo sama ją sobie zatrzymam.

— Niedużo po sobie zostawia, biedaczka.

— Nikt nie oczekuje po niej spadku — powiedziała przebrana matka. — Wystarczyłoby, gdyby człowiek mógł pamiętać jej jedno dobre słowo.

Takie rzeczy mówi się tylko, gdy gryzie człowieka sumienie i chce się przed tym obronić. Wikariuszowa wcale tak nie myślała.

Dalarczyk zachowywał się tak samo jak wtedy, gdy przychodził z towarem na sprzedaż. Przez chwilę rozglądał się po kuchni, po czym ślamazarnie postawił wór na stole i rozwiązał rzemienie. Spojrzał wokół jeszcze raz, by nie zaatakował go kot ani pies, rozprostował plecy i zaczął otwierać dwie skórzane pokrywy, przyczepione za pomocą niezliczonych klamer i węzłów.

— Niech się dziś nie kłopocze, nie wyciąga nic z wora — odezwała się Lisa. — Jest niedziela, wie przecież, że nic nie kupimy.

Nie dopytywała, dlaczego tamten dalej rozwiązuje sznury. Odwróciła się do wikariuszowej. Znalazła dobrą okazję, by wkraść się w jej łaski.

— Nie wiem nawet, czy była dobra dla dzieci. Często słyszałam płacz i jęki z pokoju dziecinnego.

— Jaka była dla matki, taka i dla nich — westchnęła wikariuszowa — a teraz płaczą, że jej już nie ma.

— Nie wiedzą, co dla nich dobre. Pani zobaczy, za miesiąc wszyscy przestaną po niej rozpaczać.