W tej chwili obie spojrzały znad kuchni na stół, gdzie Dalarczyk otwierał swój wór. Usłyszały coś dziwacznego — westchnienie albo i szloch. Mężczyzna zdjął pokrywę, a z wora wyłoniła się dopiero co pochowana przybrana córka, taka jak wówczas, gdy wkładali ją do trumny.

Nie była jednak do siebie podobna. Wydawała się teraz zdecydowanie bardziej martwa niż wtedy, gdy ją składali do grobu. Wówczas miała niemal ten sam kolor skóry co za życia, teraz jej twarz była popielata, wargi granatowe, a oczy zapadnięte.

Nie odezwała się słowem, ale z jej twarzy dało się wyczytać wielką rozpacz, a mirtowy bukiet, który dostała od matki, podała jej z wyrzutem.

Nie był to widok, który zniósłby człowiek. Przybrana matka od razu zemdlała, służąca przez moment stała nieruchomo, patrzyła to na córkę, to na matkę, po czym zakryła oczy dłońmi i pobiegła do spiżarni, którą dobrze zaryglowała.

— Nie — powiedziała — to nie do mnie ma sprawę, nie muszę na to patrzeć.

Ingrid zwróciła się do Dalarczyka:

— Schowaj mnie i zabierz stąd. Słyszysz? Słyszysz? Zabierz mnie tam, skąd mnie przyniosłeś!

Akurat w tej chwili Dalarczyk wyjrzał przez okno. Aleją na podwórze wjechał rząd powozów i fur. Ach tak! Nie chce tu dłużej zostać. W ogóle mu się to nie podobało.

Ingrid skuliła się na dnie wora — o nic już nie prosiła, tylko szlochała. Zamknęły się za nią klapy i pokrywy, została znów dźwignięta na plecy i wyniesiona z domu. Ci, co zjechali na stypę, mieli niezły ubaw z Kozła, który uciekał, dygając przed każdym napotkanym koniem.

Rozdział piąty