Anna Stina była starą kobietą, która mieszkała w środku lasu. Przychodziła czasem z pomocą na plebanię; ruszała po zboczach jakby przywołana, gdy zabierano się do pieczenia albo do prania. Była to miła i mądra staruszka, przyjaźniły się — ona i Ingrid. Gdy tylko dziewczyna o niej pomyślała, postanowiła szukać pomocy u Anny Stiny.
— Posłuchaj — powiedziała do Dalarczyka. — Gdy dojdziesz do szosy, skręć w stronę lasu. Idź, aż trafisz na ścieżkę. Tam skręć w lewo. Wtedy znowu przed siebie, aż dojdziesz do wielkiego piaszczystego dołu. Stamtąd zobaczysz chatkę i tam mnie zanieś, a ja ci zagram.
Drażnił jej uszy ten przerywany, szorstki ton, jakim wydawała polecenia. Musiała mówić w ten sposób, by jej usłuchał, inaczej się nie dało. Żeby choć wolno jej było rozkazywać drugiemu człowiekowi, jej, która nie miała nawet prawa żyć!
Po tym, co się wydarzyło, już nigdy nie powinna czuć, że ma prawo do życia. W tym tkwił okrucieństwo. Przez sześć lat na plebanii nie umiała obudzić w nich sympatii, sprawić, by życzyli jej zdrowia. A kto nie jest kochany, nie zasługuje na życie.
Nie potrafiła powiedzieć, skąd o tym wie, ale było to oczywiste. Wiedziała to, bowiem gdy usłyszała, że jej nie lubią, jakaś żelazna dłoń chwyciła jej serce i ścisnęła, by je zatrzymać. Samo życie zostało przed nią zamknięte. A w chwili, kiedy wyrwała się śmierci i poczuła, jak życie zuchwale w niej płonie, odebrano jej to, co uprawnia do istnienia.
To było gorsze od wyroku śmierci. O wiele bardziej okrutne. Wiedziała, do czego jest to podobne... Jak wtedy, gdy ścina się drzewo — nie w zwyczajny sposób, odpiłowując pień, lecz rąbiąc korzenie i zostawiając je w ziemi, by same umarły. Drzewo nie rozumie, dlaczego pozbawiono je pożywienia i soków. Walczy, chce przeżyć, ale liście się kurczą, nie pojawiają się nowe kiełki, kora się łuszczy. I musi umrzeć, bo odcięto je od życiodajnych źródeł. I to wszystko, po prostu musi umrzeć.
Wreszcie Dalarczyk położył wór na kamieniu przed chałupką w środku dzikiego lasu.
Drzwi były zamknięte. Ale gdy tylko Ingrid wylazła z wora, wyjęła klucz, schowany pod progiem, otwarła i weszła do środka.
Dobrze znała chałupę i wszystko, co tam było. Nie po raz pierwszy trafiła tu, szukając pocieszenia. Nie po raz pierwszy przyszła do starej Anny Stiny, by powiedzieć, że ciężko jej w domu, że przybrana matka jest dla niej sroga i że już nie chce wracać na plebanię.
Za każdym razem, gdy tutaj przychodziła, staruszka przemawiała Ingrid do rozumu i uspokajała ją. Parzyła okropną kawę, w której nie było ani jednego prawdziwego ziarna, a tylko groch i cykoria, jednak napój i tak podnosił dziewczynę na duchu. I w końcu mogła się ze wszystkiego śmiać — tak ją to ożywiało, że w drodze powrotnej do domu tańczyła walca na zboczach.